Życie ze smakiem

Chleb się chlebie

poniedziałek, 21 lutego 2011

Właściwie zastanawiam się czy jestem uprawniona do zamieszczenia wpisu o zakwasie na swoim blogu. Jestem raczkującą piekarką, choć swoje chleby wypiekam od prawie siedmiu lat. Jednak dopiero od roku piekę na zakwasie i szczerze powiedziawszy, na jego temat mogę powiedzieć niewiele, choć to co mam do powiedzienia, może wyglądać na bardzo dużo. Swój pierwszy zakwas wyprodukowałam z prostej receptury, bliższej naszym babciom. Obdzieliłam nim wszystkie chętne koleżanki,  a tę resztę co mi została, zjadły muszki owocówki. Próbowałam chyba ze cztery razy zrobić zakwas według tamtej receptury, ale żaden się nie udał. Kolejne pleśniały po tygodniu lub dwóch. Ten który ostatnio posiadam jest wprawdzie, ale tak słabuje, że do każdego chleba muszę dodawać drożdże, żeby ciasto chciało cokolwiek urosnąć.

Po tych wszystkich niepowodzeniach postanowiłam sięgnąć po inną receptę na udany zakwas. Udałam się więc do Piekarni Tatter i skorzystałam z zamieszczonego tam przepisu na zakwas żytni, który pochodzi od Jeffreya Hamelmana. Założyłam, że tym razem nie może się nie udać. Bo choć jestem raczkująca, to jednak jakie takie doświadczenie już mam, a przepis od Tatter i Hamelmana musi być dobry.

Do zakwasu, oprócz mąki i wody potrzeba również dość wysokiej temperatury otoczenia. Kiedy mieszkałam w blokowym mieszkaniu, podczas produkcji swojego pierwszego zakwasu umieszczałam słój na rurce od kaloryfera, która zawsze była jednakowo ciepła. Po przeprowadzce do domu niestety nie mam takiego miejsca w którym byłaby stale dość wysoka temperatura. To był chyba powód dla którego nie udawały mi się kolejne zakwasy. Tym razem poradziłam sobie za pomocą kominka. Korzystam z okazji, że znów nadeszły mrozy i w kominku palimy codziennie, produkuję więc zakwas i będę to robić przez kolejne 7-10 dni, tak jak nakazuje mistrz Hamelman, a ten post będzie powstawał stopniowo, bo dzień po dniu będę fotografowała zakwas, żebyście mogli zobaczyć i porównać procesy zachodzące w waszych słoikach z tymi które widać na moich zdjęciach. Przepis lekko zmodyfikowałam zmniejszając ilość użytej mąki i wody. Proporcja jednak pozostaje taka sama.

Tak więc do dzieła:


Dzień pierwszy

140 g mąki żytniej razowej (w Polsce typ 2000)

140 g przegotowanej ciepłej wody


Łączymy obydwa składniki tak, aby powstała gładka pasta i umieszczamy ją  w słoiku. Słoik przykrywamy szczelnie folią i zostawiamy na 24 godziny w ciepłym miejscu o temperaturze 23-27oC. W tym czasie mieszanka przefermentuje, czego oznaką będą pojawiające się bąbelki.


Oto pasta powstała po zmieszaniu mąki i wody

Jeszcze nic się nie dzieje, ale jutro rano...


Po 24 godzinach zakwas wygląda tak:

Z 1/4 słoika zrobił się cały słoik, a struktura jest mocno gąbczasta:



Dzień drugi

70 g maki żytniej razowej (typ 2000)

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia


Wszystkie składniki mieszamy i umieszczamy w słoiku na kolejne 24 godziny w równie wysokiej temperaturze jak poprzednio i, również tak jak poprzednio nakrywamy słoik szczelnie folią. Drugiego dnia proces fermentacji będzie przebiegał już znacznie szybciej, bo do mieszanki dodaliśmy żywe i aktywne drożdże w postaci zakwasu. Po około 8 godzinach zakwas powinien wyrażnie "przytyć", tzn. powinien przyrosnąć prawie dwukrotnie.

Zaraz po dokarmieniu wygląda tak:

 

A tak zakwas prezentował się po 24 godzinach od dokarmienia:

 

Dzień trzeci

70 g maki żytniej razowej

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia

Od trzeciego dnia począwszy korzystnie jest mąkę i wodę przeznaczoną do dodania w tym dniu podzielić na dwie równe części i dodać w odstępie 12 godzin, czyli 35g mąki i 35g wody wymieszać z 70 g zakwasu z poprzedniego dnia, a po 12 godzinach dodać pozostałe 35 g mąki i 35 g wody. Jeśli nie macie takiej możliwości, to trudno, wymieszajcie wszystkie składniki na raz i odstawcie na kolejne 24 godziny w szczelnie przykrytym słoiku. Ja dokarmiłam dziś zakwas jednorazowo, ale od jutra będę to robić dwuetapowo.

Oto zakwas po kolejnym dokarmieniu:

Dziś zakwas nie pracuje już tak mocno jak pierwszego i drugiego dnia, ale nie oznacza to, że cały proces poszedł na marne. Trzeba uzbroić się w cierpliwość.

Oto jak wyglądał po 24 godzinach od dokarmienia:


 

Dzień czwarty

70 g maki żytniej razowej

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia

Dziś rano dokarmiłam zakwas połową porcji mąki i wody, a po 12 godzinach dosypałam resztę. Zakwas zdecydowanie słabo pracuje, a moja cierpliwość właśnie jest poddawana próbie. Zaczynam mieć wątpliwości, czy aby napewno się uda :(

Po kolejnym dokarmieniu:

Pod koniec czwartej doby mój zakwas wygląda jakby był martwy. Zupełny brak przyrostu, nikła ilość pęcherzyków. Fermentacja jednak zachodzi zmieniła się jego gęstość i struktura. Zakwas w miarę postępu fermentacji rzednie i staje się gąbczasty. Nie tracę więc nadziei.

Tak wyglądał dziś rano przed kolejnym dokarmieniem:

 

Dzień piąty

70 g maki żytniej razowej

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia

Znów dokarmiłam zakwas połową porcji mąki i wody. Za 12 godzin dosypię resztę. Dziś mój zakwas po dokarmieniu był bardzo gęsty. Gęściejszy niż dotychczas. Zastanawiam się dlaczego nie przyrasta. Na pewno nie jest mu za zimno, może ewentualnie ciut za ciepło. Dziś obniżę mu temperaturę i zobaczymy co będzie dalej. Odnoszę wrażenie że nie nadąża z przerabianiem nowych porcji mąki i wody. Czekam...

Po kolejnym dokarmieniu:

Po 24 godzinach jest jeszcze gorzej niż wczoraj. Prawie wcale nie ma pęcherzyków, nawet gęstość się nie za bardzo zmieniła. Jednak sukces naukowca polega na tym, żeby mimo wszystko doprowadzić eksperyment do końca. Tak więc dokarmiam dalej.

Tak wyglądał mój zakwas na koniec piątej doby produkcji:

 

 

Dzień szósty

70 g maki żytniej razowej

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia

Znów dokarmiłam zakwas połową porcji mąki i wody. Za 12 godzin dosypię resztę. Dzisiejsza procedura niczym nie różni się od wczorajszej, poza tym, że zdecydowałam się zostawić zakwas w temperaturze pokojowej. Może to zmusi go do lepszej pracy. Jak mu będzie chłodniej to się może zacznie ruszać :)

Po dokarmieniu szóstego dnia:

 

NO WRESZCIE! Nadzieja odzyskana. Coś jakby więcej pęcherzyków, choć przyrostu zupełnie nie widać. Znów zmieniła się konsystencja. Poza tym zakwas lekko zmienił zapach. Do tej pory pachniał żytnią namoczoną mąką, lekko skwaśniałą, a dziś wreszcie zaczyna pachnieć jak ocet winny!!! Kochani jest nadzieja, JEST NADZIEJA!!! Tak się ucieszyłam, że tę resztę zakwasu, którą zwykle wyrzucałam - postanowiłam dokarmić tak żeby uzyskać zakwas 150% hydracji - jutro upiekę z tego chleb. Opis doświadczenia znajdziecie w osobnym poście.

Oto zakwas pod koniec szóstej doby:

Lepiej to widać na zakwasie 150% hydracji:

 

Dzień siódmy

70 g maki żytniej razowej

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia

Znów dokarmiłam zakwas połową porcji mąki i wody. Za 12 godzin dosypię resztę. Wreszcie zaczęło się coś dziać. Zakwas nadal pozostawiam w temperaturze pokojowej. Widocznie to mu dobrze robi. Znów zostawiłam resztę zakwasu i dokarmiłam tak, żeby mieć zakwas 100% hydracji. Eksperyment z chlebem - jutro.

Po kolejnym dokarmieniu:

Uff. Cierpliwość została nagrodzona. Po kolejnych 12 godzinach obserwacji widzę, że zakwas zaczyna coraz mocniej pracować :-). A już myślałam, że nic z niego nie będzie. Bąbelkuje, przyrasta i pachnie octem jabłkowym. Właściwie po siódmym dniu można już zaprzestać hodowli zakwasu, ale zaleca się karmić zakwas jeszcze przez trzy kolejne dni, żeby nabrał mocy. Ja mam w każdym razie zamiar karmić swój, tak jak jest zalecane, czyli jeszcze przez trzy dni. Równolegle jak już wspomniałam wyżej - nadwyżki zakwasu zużywam na bieżąco piekąc jeden z naszych ulubionych chlebów, czyli czeski chleb wiejski. Jest to bezproblemowy chleb zakwasowo-drożdżowy, zawsze się udający i bardzo smaczny. Jeśli będziecie chcieli sprawdzić moc swojego zakwasu, po prostu pomińcie drożdże. Ten chleb udaje się też na samym zakwasie. Trzeba dać mu tylko trochę więcej czasu na wyrastanie. Przy czym owe "trochę" to może być równie dobrze godzina lub pięć. Wszystko zależy od temperatuty otoczenia i mocy zakwasu.

Tak wygląda zakwas po siódmym dniu. Prawda że nabrał rumieńców?

 

Dzień ósmy, dziewiąty i dziesiąty

Składniki, proporcje i procedury pozostają bez zmian. Zakwas pięknie pracuje. Cały czas trzymam go w ciepłym miejscu. Pachnie owocowo. Chlebki rosną koncertowo, choć też muszą mieć dość ciepłe otoczenie. Wszystkim, którzy podejmą wyzwanie, życzę powodzenia, wytrwałości i WIARY :)

sobota, 20 listopada 2010

 

Oto kolejny chleb, który często pojawia się na naszym stole. Pyszny, miękki i pachnący, z dużą ilością ziaren siemienia lnianego i słonecznika. Jeden z naszych ulubionych. Przepis znalazłam u Dorotki.

Przygotowanie ziarna:

  • 35 g siemienia lnianego
  • 100 g wody

Ziarno zalewamy wodą i odstawiamy do napęcznienia na 12 - 16 godzin.

Zaczyn:

  • 75 g mąki pszennej
  • 90 g wody
  • 2 łyżki zakwasu

Mieszamy ze sobą wszystkie składniki zaczynu i odstawiamy w temperaturze pokojowej do przefermentowania na 12 -16 godzin.

Ciasto właściwe:

  • 380 g mąki pszennej (najlepiej chlebowej)
  • 40 g mąki żytniej
  • 60 g uprażonych ziaren słonecznika
  • 30 g uprażonych ziaren siemienia lnianego
  • 175 g wody
  • 18 g (1 łyżka) soli


Wykonanie:

Mieszamy wszystkie składniki ciasta chlebowego razem z zaczynem i napęczniałymi ziarnami siemienia przez około 10 minut. Ciasto powinno być średnio ścisłe, więc korygujemy jeszcze ilość mąki lub wody i wyrabiamy jeszcze przez chwilę. Ciasto odstawiamy na 2 - 2,5 godziny składając je  w tym czasie raz lub dwa razy w jednakowych odstępach czasu.

Po upływie wyżej wymienionego czasu formujemy owalny  bochenek i umieszczamy delikatnie w koszyku do wyrastania  złączeniem do góry. Można w tym celu użyć koszyczka na chleb lub głębokiej salaterki wyłożonej lnianą ściereczką i obsypanej obficie mąką. Pozostawiamy bochenek do wyrośnięcia na następne 2 - 2,5 godziny. Powinno podwoić objętość. Jeśli nie - to czekamy tak długo aż ciasto przyrośnie dwukrotnie. Po wyrośnięciu przekładamy chleb na łopatę (mam zrobioną ze sklejki), robimy kilka głębokich nacięć i wkładamy szybko do piekarnika. Pieczemy w temperaturze 220ºC przez 40 - 45 min.

 

Wersja do druku

wtorek, 16 listopada 2010

Pyszny chleb, dość łatwy w przygotowaniu, nie wymagający wielu składników. Ładnie rośnie, świetnie formuje, dobrze się piecze i jeszcze lepiej smakuje. Mimo to ciasto czasem ma fanaberie i potrafi sprawić sporo problemów. Ale gorąco polecam ten chleb - to jeden z najlepszych jakie jadłam. Przepis jak zwykle - od niezawodnej Dorotki.

Zaczyn:

  • 650 ml lekko ciepłej wody
  • 500 g mąki pszennej chlebowej
  • 1/4 - 1/3 szklanki aktywnego zakwasu (użyłam żytniego)

Wszystkie składniki mieszamy i zostawiamy w temperaturze pokojowej,  przykryte folią na całą noc do przefermentowania.

Ciasto właściwe:

  • 600 g mąki pszennej chlebowej
  • 25 g soli
  • cały wcześniejszy zaczyn


Mąkę mieszamy z solą i zaczynem. Ciasto nie powinno być bardzo luźne ale też nie może być zbyt ścisłe. Ja miałam z tym sporo problemów ze względu na mąkę. Ciasto wychodziło mi z tych proporcji bardzo twarde. Proponuję więc z 600 g mąki przeznaczonej na ciasto właściwe odłożyć 100 g i dodawać stopniowo w zależności od ścisłości ciasta. Wyrabiamy  około 10 minut aż będzie gładkie.

Z ciasta formujemy kulę i umieszczamy w posmarowanej olejem misce. Przykrywamy miskę ściereczką i pozostawiamy w ciepłym miejscu do wyrośnięcia na 4 godziny składając ciasto w tym czasie trzykrotnie (co godzinę).

Po tym czasie dzielimy ciasto na 2 części, formujemy bochenki, umieszczamy je w oprószonych mąką koszach złączeniami do góry. Przykrwamy i pozostawiamy na 2 - 3 godziny do wyrośnięcia.

Chleb pieczemy z parą, najlepiej na kamieniu, przez około 40 minut. Pierwsze 10 minut w temperaturze 250ºC, po 10 minutach obniżając do 200ºC. Studzimy na kratce.

Wersja do druku

niedziela, 24 października 2010

Jest absolutnie genialna. Długo szukałam przepisu na bagietkę francuską. Piekłam, próbowałam, piekłam, próbowałam i ciągle coś było nie tak. W końcu na forum Cincin znalazłam przepis od Mirabbelki i bez nadziei postanowiłam dać mu szansę. Okazało się, że to właśnie TO czego szukałam. Bagietka wychodzi bardzo smaczna, wilgotna, co się prawie nie zdarza w przypadku wypieków drożdżowych, długo zachowuje świeżość, ma chrupiącą skórkę. Za największą jej zaletę uważam fakt, że jest bardzo "sklepowa". Chodzi mi o smak i konsystencję wypieku, bo skład jest oczywiście o wiele lepszy.

Wykonanie bagietki nie jest trudne ani pracochłonne. Pracę jednak trzeba sobie rozplanować na dwa dni: jednego dnia przygotowujemy zaczyn, a drugiego przystępujemy do właściwego wypieku. Dla mnie to było też zupełnie nowe doświadczenie: ciekawa konsystencja solonego zaczynu, dość trudne, bo rzadkie, ciasto właściwe. To najlepsze pieczywo drożdżowe jakie jadłam.

Składniki na pate farmentee:

  • 140g maki pszennej 405
  • 140g maki pszennej 550
  • 3/4 łyżeczki soli
  • 1/2 łyżeczki drozdzy instant
  • 170-200 ml wody


Mieszamy obie mąki, po czym dodajemy sól i drożdże. wyrabiamy około minuty, stopniowo dodając wodę. Ciasto nie powinno być ani zbyt ściśłe, ani zbyt luźne. W razie czego korygujemy ilość wody i mąki.
Ciasto wykładamy na posypany mąką blat i wyrabiamy jeszcze około 4-6 minut, aż ciasto będzie gładkie. Smarujemy olejem miskę i wkładamy do niej wyrobione ciasto. Obracamy je tak aby całe pokryło się olejem. Przykrywamy folioą i zostawiamy na godzinę w temperaturze pokojowej. Ciasto w tym czasie powinno lekko przefermentować i podrosnąć.

Po tym czasie wyjmujemy ciasto i lekko wygniatamy, żeby się odgazowało. Wkładamy spowrotem do miski, obtaczamy w tłuszczu, przykrywamy folią i zostawiamy na całą noc. Pate fermentee, czyli zaczyn drożdżowy z solą, może być przechowywany w lodówce do trzech dni.

Składniki na ciasto właściwe:

  • 450g zaczynu pate fermentee
  • 170g mąka pszenna 550
  • 1 łyżeczka soli
  • 1/2 łyżeczki drożdży suchych
  • 180-200g letniej wody



Cały przygotowany wcześniej zaczyn wyjmujemy z lodówki, dzielimy na mniejsze części i zostawiamy pod przykryciem na godzinę, żeby się ocieplił. Po tym czasie wszystkie składniki z wyjątkiem wody mieszamy w misce, dodajemy wodę i wyrabiamy ciasto około minuty. Jeśli będzie zbyt luźne, lub zwięzłe, korygujemy wodę lub mąkę i wyrabiamy dalej, jeszcze około 6 minut.

Wkładamy ciasto do wysmarowanej olejem miski, obtaczamy w tłuszczu, przykrywamy folia i zostawiamy do wyrośnięcia, na około 2 godziny. Ciasto w tym czasie powinno podwoić objętość.

Wyjmujemy ostrożnie z miski, wykładamy na omączony blat i dzielimi na dwie części. Formujemy podłużne bagietki i układamy w formach do bagietek, lub między fałdami lnianej ściereczki. Ponownie zostawiamy do wyrośnięcia. Powinny urosnąć około 1,5 raza. Po wyrośnięciu nacinamy ukośnie ostrym nożem na głębokość około 1 cm.


Przed włożeniem bagietek w piekarniku musimy naparować. Na dno piekarnika wkładamy brytfankę i jak się nagrzeje wlewamy do niej wodę. Bagietki pieczemy przez 2 minuty w temperaturze 260oC, najlepiej na kamieniu do pizzy, w tym czasie trzy razy spryskując ścianki piekarnika wodą. Następnie obniżamy temperaturę do
230oC i pieczemy jeszcze około 10 minut do zrumienienia. Studzimy na kratce i kroimy dopiero po 40 minutach.



Wersja do druku

sobota, 16 października 2010

 

Światowy Dzień Chleba to wielka okazja, żeby wzbogacić swoje kuchenne doświadczenie o nowe wypieki, wypróbować przepisy na które od dawna mieliśmy ochotę, ale brakowało imperatywu, ale nade wszystko dla mnie jest to okazja do odkurzenia starych przepisów. Jednym z nich jest mój ulubiony drożdżowiec na maślance. Przepis przywiozłam z Izb od Agnieszki i Andrzeja, którzy przypomnieli mi jaką wartość mają rzeczy i potrawy przygotowywane samodzielnie. To dzięki nim podjęłam trud pieczenia domowego chleba i bynajmniej tego nie żałuję. To dzięki nim piekę dziś chleby na zakwasie i sięgam po coraz bardziej urozmaicone i skomplikowane receptury, Dzięki nim rozróżniam dziś rodzaje mąk i wiem co to hydracja  - ba - umiem sobie ją nawet POLICZYĆ. To był początek, nieskomplikowany, niewymagający, ale bez początku jak wiadomo nie ma ciągu dalszego.Dlatego też z okazji Światowego Dnia Chleba wracam dziś z posypaną popiołem głową do chleba, który był początkiem.

Pieczcie, smakujcie i nie zapomnijcie przyprawić go dużą szczyptą fantazji.


Składniki:

1 kg mąki pszennej

1 litr maślanki

2 łyżeczki soli

100 g świeżych drożdży (cała kostka)

Warianty:

Pół mąki można zastąpić mąką pszenną razową, albo mąką żytnią chlebową, albo żytnią chlebową wymieszaną z żytnią razową. Można dosypać garść ziaren słonecznika, siemienia lnianego, sezamu, posiekanych orzechów laskowych lub suszonych śliwek, albo dodać wszystkiego po trochu. Można też zredukować ilość drożdży.

Mój chleb upiekłam z 500 g mąki pszennej, 400 g mąki żytniej chlebowej, 100 g mąki żytniej razowej, a do środka dodałam słonecznik, sezam i siemię lniane.


Wykonanie:

Maślankę podgrzać do temperatury ciała i rozpuścić w niej drożdże. Mąkę wsypać do miski, dodać sól i wymieszać. Zrobić w środku dołek i wlać maślankę z drożdżami. Wyrabiać około 10 minut, aż ciasto będzie gładkie i zacznie odchodzić od ręki. Zostawić pod przykryciem do podwojenia objętości (około godziny). Potem ciasto nalezy przebić, żeby uszły z niego gazy, i ponownie wyrobić przez około 5 minut.Ponownie zostawić do wyrośnięcia.

Dwie keksówki posmarować masłem i wysypać otrębami. Ciasto podzielić na dwie części i przełożyć do przygotowanych form. Przykryć ściereczką i poczekać aż podrośnie. W tym czasie piekarnik nagrzać do 230oC. Piec przez 40 minut. Po wyjęciu z piekarnika upieczony chleb postukany od dołu powinien wydawać głuchy odgłos. Studzić na kratce. Chleb można zamrażać


 

Wersja do druku

niedziela, 10 października 2010

To był mój pierwszy chleb na zakwasie. Doskonały dla początkujących w tej dziedzinie. Jest bardzo prosty w wykonaniu a dodatek drożdży sprawia, że nie musimy zbyt długo czekać na efekty działania zakwasu. Piekąc ten chleb bardzo często, z czasem doszłam do tego, że wyeliminowałam drożdże z receptury, bez szkody a nawet z korzyścią dla konsystencji i smaku samego chleba. Przepis zarówno na chleb jak i na zakwas zaczerpnęłam z blogu Moje Wypieki, ale zmodyfikowałam go lekko i tu podaję przepis na czeski chleb wiejski według mojego gustu.


Składniki:

300 g zakwasu żytniego

600 g letniej wody

800 g mąki pszennej chlebowej (część można zastąpić mąką razową - ja 100 g zastępuję razową żytnią)

200 g mąki żytniej jasnej

3 łyżeczki soli

1 łyżeczka drożdży suchych (4 g) lub 8 g drożdży świeżych

Jeśli nasz zakwas jest dojrzały, drożdże można całkowicie wyeliminować.


Wykonanie:

Wszystkie składniki umieszczamy w dużej misie i wyrabiamy około 8 minut. Misę przykrywamy i odstawiamy na 10 minut. Po tym czasie ciasto wyrabiamy ponownie przez około 5 minut. Ciasto dzieki temu zmieni konsystencję i stanie się elastyczne. Zostawiamy na około 2 godziny do podwojenia objętości. Przy młodym zakwasie może to zająć nieco dłużej, natomiast przy dojrzałym - krócej. Jesli jednak wyeliminujemy drożdże z receptury, czas rośnięcia może wydłużyć się nawet do 4 godzin.

Wyrośnięte ciasto dzielimy na dwie części formujemy dwa podłużne bochenki i umieszczamy w wysmarowanych masłem i wysypanych otrębami formach keksowych. Ponownie zostawiamy do wyrośnięcia. W tym czasie nagrzewamy piekarnik do 240oC. Wyrośnięte chleby możemy przed włożeniem do piekarnika posmarować roztrzepanym jajkiem lub opruszyć mąką. Pieczemy ok. 40-45 minut do zbrązowienia skórki. Studzimy na kratce. Chleb można zamrażać.

 

Wersja do druku

sobota, 09 października 2010

Dostałam jakiś czas temu 5 kg mąki graham z wiejskiego małego młyna. Cóż miałam robić? Upiekłam grahamki. Nawet nie musiałam długo szukać. Na blogu Moje Wypieki znalazłam dobry przepis. Wprawdzie dla mnie te grahamki są za słodkie i za ciężkie, ale po kolejnych modyfikacjach doprowadzę przepis do satysfakcjonującej mnie wersji. A tymczasem spróbujcie tego co lubi Dorota.


Składniki:

pół szklanki letniego mleka

pół szklanki letniej wody

1 łyżka melasy (można zastapić miodem)

1,5 łyżki miodu

1 łyżeczka soli

2,5 szklanki mąki graham (typ 1850)

1 szklanka mąki pszennej chlebowej (typ 650 lub 720)

30 ml oleju (2 łyżki)

7 g suchych drożdży lub 14 g świeżych drożdży

1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka do posmarowania bułeczek z wierzchu


Wykonanie:

Suche drożdże mieszamy z obydwoma mąkami. Jeśli używacie świeżych drożdży, to najpierw rozpuśćcie je w mleku z odrobiną cukru (ok. 0,5 łyżeczki)  i poczekajcie aż drożdże ruszą. . Mleko i wodę mieszamy z melasą, miodem, solą i olejem., dodajemy do mąki i wyrabiamy. Powinno to trwać około 10 minut. W tym czasie składniki powinny się dokładnie połączyć. Ciasto może być klejące,. Jeśli jednak będzie zbyt luźne to podsypcie kilka łyżek mąki. Przykrywamy ściereczką i zostawiamy w ciepłym miejscu do podwojenia objętości. Potrwa to ok. 1,5 godziny. Gdyby w tym czasie ciato nie podwoiło objętości to czekamy dłużej, do czasu aż podowi.

Po tym czasie ciasto należy jeszcze raz krótko wyrobić. Dzielimy na 10 części (o wadze ok. 90 gram )  i formujemy podłużne bułeczki. Układamy je na blaszce wysmarowanej masłem i oprószonej semoliną, przykrywamy i  zostawiamy w cieple do podwojenia objętości (około 30 - 40 minut).

Przed pieczeniem smarujemy jajkiem roztrzepanym z 1 łyżką mleka. Pieczemy w temperaturze 200ºC przez około 25 minut. Studzimy na kratce. Bułeczki możemy mrozić.

 

Wersja do druku

Bake Bread for World Bread Day 2011
Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarnej blogosfery Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...