Życie ze smakiem

Rady nie od parady

niedziela, 22 lutego 2015

Kasza gryczana często gości na naszym stole. Może być dobra lub bardzo dobra. Na talerzach mięsożerców gości zwykle w towarzystwie gulaszu lub zrazów. Dobrze komponuje się z sosami grzybowymi. Ma mnóstwo wartości odżywczych, sporo dobrze przyswajalnego białka i kilka innych składników wspierających nasz organizm w walce o zdrowie. Ma niski indeks glikemiczny, co sprawia że mogą ją jeść cukrzycy i osoby na diecie odchudzającej. Nie zawiera glutenu. Nie zakwasza też organizmu, co dla mięsożerców, notorycznie zakwaszających mięsem swój organizm powinno mieć znaczenie.

W sklepach możemy kupić dwa rodzaje kaszy: prażoną i tzw. białą, którą co poniektórzy producenci okrzykują "nowością". Jednak nie dajcie się zwieść. Kasza prażona, zanim zostanie uprażona, jest kaszą białą i nie żadna to nowość tylko "chłyt" marketingowy :). Przyznać wszak należy, że kasza biała jest zdrowsza i ma więcej wartości odżywczych, niż jej wstępnie przetworzona pochodna.

Dziś gotujemy na sypko kaszę prażoną, bo tylko tę da się w ten sposób ugotować. Kasza biała jest bardziej kleista i jak do tej pory nie udało mi się osiągnąć takiego efektu sypkości jak w przypadku "opalonej" koleżanki. Niemniej gotowanie każdej z obu kasz technicznie przebiega tak samo.

Do dzieła więc!

W gotowaniu kaszy najważniejsze są proporcje 1:2. Bierzemy 1 część kaszy i 2 części wody. Ja zwykle używam 1 szklanki kaszy i 2 szklanek wody. Z proporcji tej wychodzi mniej więcej 4-6 porcji obiadowych kaszy.

Wodę delikatnie solimy i doprowadzamy do wrzenia.

Wsypujemy kaszę, przykrywamy garnek i czekamy aż się woda ponownie zagotuje. Zmniejszamy moc grzewczą, tak aby kasza gotowała się powoli i nie miała tendencji do wychodzenia z garnka. Czas gotowania to około 20 minut. Kasza wchłonie całą wodę.

Kiedy kasza się dogotowuje, my nie próżnujemy. Przygotowujemy 2-3 ręczniki, lub nieduży kocyk. Ugotowaną kaszę zdejmujemy z palnika i pieczołowicie oraz starannie owijamy przygotowanymi akcesoriami. Pozwalamy jej teraz odpocząć około 30 minut w celu nabrania głębi smaku oraz pożądanej przez nas sypkości.

Teraz kasza jest już gotowa do użycia. Smacznego :)

środa, 12 września 2012

Nie znam nikogo w moim bliższym i dalszym otoczeniu, kto na pytanie, czy lubi trzydniowe ziemniaki moczone w zupie, odpowiedziałby twierdząco. Bynajmniej nie dziwię się temu, bo co tu kryć, zupa najlepsza jest świeżo ugotowana i to wie nawet pięciolatek. Niestety nie każdemu dany jest luksus jedzenia codziennie świeżej zupy. Ci, którzy muszą zadowalać się dwu- albo trzydniówkami, mają jednak szansę zjeść swoją zupę z nowym apetytem.

Oczywiście do tego nie są potrzebne żadne czary, ani też autosugestia. Czasem wystarczy głupi pomysł, żeby się okazało, że wychodzi z tego całkiem niegłupie danie. Właśnie dziś taki głupi pomysł przyszedł mi do głowy. Wprowadziłam go więc w życie zanim zdroworozsądkowa część mojej natury nie podpowiedziała mi żebym się nie wygłupiała.

Zanim jednak całkiem się odsłonię, powiem wprost, że nie każdą zupę można zrewitalizować w ten sam sposób. Dlatego też moje pomysły bynajmniej nie są wyrocznią i jeśli macie inne to błagam, podzielcie się nimi.

Kiedyś, dawno temu, ugotowałam wielki gar zupy ogórkowej. Każdy, komu dane było jeść w życiu ogórkową na drugi dzień, wie jak zabójczo na ziemniaki i smak całej zupy działa kwas z ogórków. Dwudniowa ogórkowa to jeden z koszmarów mojego dzieciństwa. Kiedy więc okazało się, że ugotowałam tej zupy zdecydowanie za dużo, pomyślałam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebym taką świeżo ugotowaną, jeszcze gorącą, wlała do litrowych słoików. W końcu to nie grzech, a poza tym, łatwiej upchnąć w lodówce taką rozczłonkowaną zupę, niż siłować się z  całym garem. Podejrzewałam, że po wyjęciu na drugi dzień, zupa będzie równie smaczna jak zwykle, jednak życie zaskoczyło mnie wtedy niewymownie, bo zupa ... smakowała jak świeża!!! Nie mogłam uwierzyć. Zrobiłam test z drugim słoikiem, rzecz jasna następnego dnia. I co? Znów się okazało, że działa. Życie nie jest jednak tak piękne jakby się mogło wydawać, bo kolejnego dnia, otworzywszy kolejny słoik, skonstatowałam, że niestety zupa znów smakuje jak zwykle. Mimo to, nie znam lepszgo sposobu na przechowanie ogórkowej do następnego dnia, i zachowanie jej świeżego smaku.

Dziś natomiast miałam na obiad trzydniową kalafiorową. Jakoś tak nieopatrznie popadłam dziś na chwilę w nie najlepszy nastrój, w związku z czym miałam takie ciche marzenie, żeby się dopieścić kulinarnie. Nie jest to łatwe z załadowaną po brzegi lodówką, w której na głównej półce króluje gar z niedojedzona kalafiorową. Jednakowoż  pan bóg nie zostawia ludzi w potrzebie i zsyła na człowieka mniejsze lub większe objawienia, dzięki którym człowiek ów może sobie łątwiej poradzić z przeciwnościami losu. W moim dzisiejszym objawieniu ukazał mi się blender, który czymprędzej zaprzęgłam do pracy. Zmiksowałam całą zupę, doprawiłam lekko pieprzem i ruszyłam do spiżarki w poszukiwaniu groszku ptysiowego. Życie jednak nie jest takie lekkie, z brakiem groszku musiałam się pogodzić. I choć zupa zyskałaby z pewnością na jego obecności, muszę przyznać że i bez tego zaskoczyła mnie smakiem. Wprawdzie okazało się że zmiksowana kalafiorowa jest mniej kalafiorowa niż niezmiksowana, ale nowa jakość nie wymaga kalafiorowatości, a jedynie niewyczuwalności smaku wymoczonych ziemniaków. Sposób na rewitalizację kalafiorowej swoje zadanie spełnił w 150%, więc następnym razem zrobię to również  z pieczarkową i jarzynową. Jestem pewna, że efekty będą równie oszałamiające.

Acha! I koniecznie zaopatrzę się w groszek.

środa, 22 sierpnia 2012

Kiedyś na blogach pojawiła się akcja kulinarna pt. "Tylna ścianka", która miała na celu wymiatanie z lodówki niedobitków kulinarnich. W każdym domu i w każdej lodówce (no chyba, że u kawalera stołującego się na mieście) istnieje problem niezużytej łyżki śmietany, pozostałości majonezu, kawałka kapusty, pół opakowania mascarpone, zapomnianego słoika z  resztką dżemu, otwartej puszki z niezużytym w całości kajmakiem, itd, itp. Temat jest w końcu znany i nie ma potrzeby zanadto się nad nim rozwodzić. Dość powiedzieć, że wszystkie te skarby z czasem lądują przy tylnej ściance lodówki i siedzą sobie tam cichutko do czasu, aż zakwitną.

Kiedy zaczynałam swoją blogową przygodę i szał mnie ogarniał na gotowanie i pieczenie smakołyków wszelkich, których moja wątła rodzina nijak nie dawała rady zniszczyć,  kupiłam sobie wagę i z aptekarską dokładnością realizowałam kolejne projekty kulinarne. Skutek: tylna ścianka zapchana tak imponująco, że trudno było zamknąć drzwi lodówki!!! Efekt uboczny był taki, że co jakiś czas, opróżniając lodówkę  z nadpsutych, niezużytych ingrediencji moich kulinarnych wyczynów, ze zgrozą szacowałam ogrom strat finansowych. A z tyłu głowy echem tłukły się hasła o głodującej Afryce. 

Z czasem jednak porzuciłam wierność przepisom (tym kulinarnym wyłącznie) i zaczęłam je modyfikować tak, żeby spowolnić proces puchnięcia tylnej ścianki. I tak na ten przykład zamiast 190 g składnika dodawałam 200 g jeśli akurat opakowanie tyle miało. Albo zamiast jednej potrawy planowałam dwie, jeśli miały ten sam główny składnik i jedno jego opakowanie wystarczało na obie (czasem, rzecz jasna, po lekkiej modyfikacji). Prawdziwym odkryciem (dzięki ci Centko droga), był serek Piątnicy w małych 200 - gramowych opakowaniach. Ten sam co w  wiaderku, tylko teraz mogłam kupić prawie dokładnie tyle ile mi potrzeba, zamiast kilograma z którego potrzebowałam zużyć na ten przykład 650 g.

Prawdziwym jednak wyzwaniem okazały się świeże drożdże, bo w tym przypadku trudno byłoby mówić o lekkim liftingu w przepisie, skoro z reguły należy użyć 10-20 g drożdży, a kostce jest 100. No nijak się nie da. Tak więc drożdże najczęściej i najefektowniej zakwitały w mojej lodówce, aż wreszcie mnie olśniło pewnego pięknego dnia i... po prostu je zamroziłam. No nie tak od razu. Najpierw podzieliłam na mniej więcej równe (to bardzo trudne zadanie) około 10-gramowe kawałeczki, pozawijałam je jak świstak, w sreberka, wrzuciłam do woreczka, a dopiero na samym końcu włożyłam do zamrażarki. Okazało się też, że niskie temperatury nic a nic drożdżom nie szkodzą na moc, za to wydatnie wpływają na świeżość. Poza tym rozmrażają się bardzo szybko, i szybko nadają się do użycia.

Jednak mimo sukcesu na polu drożdżowym mam jedną zasadniczą porażkę. Śmietanową konkretnie. Nie wiem jak to się dzieje, że raz mam jej zdecydowany nadmiar, a raz całkowity brak. Jak też się zapewne domyślacie okresy zapotrzebowania na śmietanę zupełnie nie idą w parze z jej domową podażą. Pracuję więc nad śmietaną. Jak coś wypracuję - niezwłocznie doniosę :)

środa, 15 sierpnia 2012

 

Nie wiem jak Wy, ale ja największą ochotę na drożdżowe z ciepłym mlekiem mam ochotę właśnie w takie dni jak ten. No bo co innego może poprawić nastrój, kiedy nieoczekiwanie w samym  środku lata, temperatury spadają do poziomu wczesnowiosennych, aura żabami rzuca w całą przyrodę, tę ożywioną i tę martwą też. Przecież nie lody, ani piwo z malinowym sokiem. No ja wiem. Niektórzy zakrzykną z oburzeniem, że przecież jest czekolada, więc co to za problem!

Dla mnie problem, bo ja czekoladę owszem, czasami, w niedużych ilościach i akurat nie w takie dni jak ten.

A takich dni przecież w roku jest więcej, kiedy pada, na termometrze wskazania ledwo powyżej zera, a wilgoć czuć w każdym zakątku mieszkania.  Szczęśliwi są wówczas Ci, którym bozia dała kominek. Mogą oni natychmiastowe antidotum w postaci żywego ognia zastosować zarówno na wilgoć, niską temperaturę, jak i kiepski nastrój. Inni muszą zastosować zamiennik w postaci piekarnika. No i taką to okrężną drogą udowodniłam, że drożdżowe z ciepłym mlekiem to właśnie to czego nam dziś potrzeba.

Tu właśnie dochodzimy do problemu, którego rozwiązanie może wydawać się wyzwaniem na miarę odkrycia penicyliny. Mianowicie w każdym niemal przepisie na drożdżowe jak mantra powtarza się rada: "pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia". Ale gdzie to ciepłe miejsce znaleźć, skoro już wiemy, że wokół ziąb i wilgoć się wciska.

Rozwiązanie jest jedno. Proste i skuteczne. Potrzebna nam będzie miska, najlepiej zamykana wieczkiem. Jeśli nie mamy takiej w dyspozycji to wystarczy, żeby ta którą mamy była głęboka. Ponadto potrzebujemy zlewu z korkiem i ciepłej wody z kranu. NO i oczywiście wyrobionego ciasta drożdżowego.

Przystępujemy do kwestii zasadniczej:

  • wlewamy ciepłą wodę do zlewu
  • wkładamy ciasto do miski
  • miskę przykrywamy i umieszczamy w zlewie
  • czekamy aż ciasto wyrośnie

 

Kilka uwag pobocznych:

  • woda nie może być gorąca - najwyżej około 40 stopni
  • kiedy jej temperatura się obniży, najlepiej dolać wrzątku z czajnika (ekologia nakazuje nie wylewać zimnej w celu zastąpienia jej ciepłą :0)
  • wody w zlewie powinno być najwyżej do połowy miski - jej ilość wzrośnie na skutek dolewek, a nie chcemy przecież zrobić z ciasta topielca
  • nie radzę zastępować ciepłej wody piekarnikiem. Gazowy za szybko się nagrzewa, w elektrycznym minimalna temperatura to 50 stopni. Drożdżowe nie może rosnąć zbyt szybko.

Moje drożdżowe już rośnie :o)

 

Natchnieniem do ciasta i do posta było ciasto Nigelli podane przez Centkę :) Smacznego!

niedziela, 22 maja 2011

Kiedy śmietana nie chce się ubić najpierw robi nam się nieprzyjemnie, później gorąco, następnie wpadamy w złość i... I tu należy się zatrzymać. Nie raz już i nie dwa, w gniewie wylałam oporną śmietanę. Czyn tyleż uzasadniony co karygony. Wprawdzie takiej śmietany dla wypieku czy też deseru nie da się już uratować, ale nie oznacza to bynajmniej że z tej śmietany nic już nie będzie.

Dlaczego śmietana nie chce się ubić? Powodów może być kilka. Najczęściej chodzi o to, że nie dość dobrze została schłodzona. Bywa też tak (to mój przypadek bo kupuję na zapas - na wypadek gdybym znalazła odrobinę czasu dla kuchni), że śmietana trochę za długo poleży w lodówce i lekko skwaśnieje, o czym my nie mamy pojęcia i w dobrej wierze chcemy ją wykorzystać do wykwintnego deseru z bitą śmietaną. Taka śmietana też już się niestety nie ubije, ale dowiadujemy się o tym najczęściej już w trakcie.

Cóż więc począć z taką oporną śmietaną? Po prostu ubijać dalej. W efekcie tego ubijania tłuszcz zawarty w śmietanie zacznie zbijać się w grudki. Na początku będzie to wyglądało tak jakby nam się śmietana zważyła. Czasem też kiedy ubijamy śmietanę do deseru i wszystko jest z nią w porządku, może nam się zdażyć, że będziemy ją ubijać ciut za długo. Wówczas też dojdziemy do tego momentu, w którym z ubitej już śmietany zacznie nam się niestety robić masło. Nie polecam wykorzystywać takiej zwarzonej śmietany do deserów, do grudki tłuszczu będą w nim bardzo dobrze wyczuwalne i z pewnością popsuje to smak deseru.

Wróćmy do masła. Początkowo, tak jak wspomniałam, grudki tłuszczu będą niewielkie, ale po chwili zauważycie, że robią się coraz większe i ze śmietany zaczyna się oddzielać również maślanka. Na tym etapie proponuję garnek ze śmietaną wstawić do zlewu i zmniejszyć obroty miksera, ponieważ wydzielająca się maślanka zacznie się strasznie rozchlapywać. Wytrzymajmy ten moment. Niedługo koniec. Kiedy podczas ubijania zauważycie, że grudki tłuszczu nie robią się już większe, odłużcie mikser. Powstałą miksturę najlepiej przelać przez sitko i zostawić na chwilę do odsączenia. Teraz przełóżcie prawie gotowe masło do głębszej miski i łyżką połączcie grudki w osełkę, lekko ją wyciskając. Z pewnością wydzieli się jeszcze trochę maślanki, którą należy odlać.

Takie masło trzeba przechowywac w lodówce i w miarę możliwości szybko zużyć.

Co z maślanką? Nie wylewać broń boże. Można ją wypić samemu lub dać do wypicia swojemu ukochanemu czworonogowi. Z pewnością latem będzie to bardzo stosowny napój. Poza tym to właśnie co uzyskacie produkując swoje masło będzie prawdziwą maślanką - nie zaś to co pod tą nazwą jest sprzedawane w sklepach i niewiele różni się od kefiru.

Smacznego:)

Ps. Nie polecam produkcji masła domowego na codzień bo interes jest mało opłacalny. Jest to za to świetny sposób na zagospodarowanie nadmiaru tłustej śmietanki, który pozostał nam w lodówce i do niczego innego raczej się nie nada.

piątek, 24 września 2010

Znalazłam na Durszlaku akcję, która bardzo mi przypadła do gustu. Jej autorką jest lejdi of the house. Jest to akcja godna polecenia wszystkim tym matkom polkom, które oprócz konieczności zadbania o rodzinę mają jeszcze 1001 innych obowiązków z których najbardziej czasochłonna jest praca zawodowa. Od dawna już, żeby jakoś pogodzić dom z całą resztą, w sobotę rano robię zakupy a potem przetwarzam je przez resztę weekendu, po to, żeby moja rodzina miała w co wbić zęby jak mnie nie ma w domu, no i żeby to nie był parapecik :o)). Nauczyłam się też że lepiej jest przyrządzić większa ilość potrawy, z czego część zostawić do zjedzenia, a część zamrozić lub zawekować. Na liście produktów zamrażanych znalazły się u mnie przede wszystkim chleby. Piekę je w ilości przemysłowej, i natychmiast po ostygnięciu przekrawam na połówki i zamrażam. Poza tym mrożę owoce. Truskawki i maliny pogniecione i wymieszane z cukrem - to najlepszy sposób zamrażania tych owoców. Dzięki dodatkowi cukru nie tracą nic z koloru smaku ani zapachu. Ponadto mrożę posiekany koperek. Dzięki temu mam go przez całą zimę i nie muszę kupować marketowego, uprawianego w jakiś przedziwny sposób, pełnego chemii i plastiku.

Poniżej znajdziecie listę potraw, których przepisy zamieściłam na blogu wcześniej a które nadają się do zamrażania.

Zapraszam też do udziału w akcji. Szczegóły znajdziecie tutaj.


Oto lista potraw, które zamrażarka pochłonie chętnie i bez wybrzydzania, a w odpowiednim czasie odda w nienaruszonym stanie:

Rożki Babci Rózi

Chleb wiedeński

Słone paluchy

Wołowina po burgundzku

Schab pieczony

Mufinki z jagodami

Gołąbki po meksykańsku

Sękacz w formie

Na razie tyle. Akcja ciągnie się aż do marca, więc propozycji z czasem będzie więcej :)

wtorek, 13 kwietnia 2010

Bicie piany w kuchni to nie jest taka prosta sprawa. Właściwie nie wiem od czego zacząć, żeby było po kolei, jasno i na temat. To może najlepiej, jak zwykle, zacząć od początku.

Po pierwsze, żeby piana dobrze się ubiła biorę jajka prosto z lodówki. Chociaż nie sprawdziłam tego empirycznie, to przez analogię do śmietany, wydaje mi się że biorąc zimne białka mamy większe szanse na sukces.

Po drugie starannie oddzielamy białka od żółtek. Bardzo należy uważać, żeby nie wpadła nam do białek nawet odrobina żółtka, bo może to zniweczyć nasze wysiłki.

Po trzecie, należy dodać szczyptę soli do białek, bo sól powoduje, że piana lepiej się ubija. Zarówno w przypadku pierwszego jak i trzeciego punktu zdania na forach internetowych są podzielone. Jedni uważają, że białka powinny być zimne (to tak jak ja) a inni twierdzą, że muszą mieć temperaturę przynajmniej pokojową. Tak samo w przypadku soli. Ale na te dyskusje zawsze jest jedna uniwersalna odpowiedź: tak robiła moja babcia i mama, więc robię i ja. Solę - na wszelki wypadek :)

Teraz można przystąpić do ubijania. I tu najtrudniejsze zadanie, ponieważ trzeba się zdecydować na jakieś narzędzie. Metody są zasadniczo dwie: manualna i maszynowa. W metodzie manualnej narzędzie jest tylko jedno - ubijaczka, w metodzie maszynowej mamy z reguły do wyboru kilka urządzeń: tradycyjny mikser, który zasadniczo odradzam, choć czasem się przydaje, robot kuchenny typu malakser - nie próbowałam, więc nie mam wyrobionego zdania, ale biorąc pod uwagę ogólne parametry techniczne tego typu urządzeń - nie zaryzykowałabym. Trzecim rodzajem urządzeń są maszyny do wyrabiania ciasta o wysokiej mocy (powyżej 800 W), które z reguły mają też końcówkę do ubijania piany, wyglądającą jak tradycyjna trzepaczka.

Wybór metody (jeżeli ktoś w ogóle bierze pod uwagę inną niż maszynowa) zależy od celu w jakim piana jest ubijana.

Ja na biszkopty i rolady ubijam pianę ręcznie, ponieważ jest ona głównym czynnikiem stanowiącym o jakości biszkoptu. Ręczne ubijanie sprawia, że wtłaczamy w białka duże pęcherzyki powietrza. Piana ma wówczas dużą objętość i biszkopt jest wysoki i puszysty.

Pianę na bezy zawsze początkowo ubijam ręcznie, a gdy już jest ubita na sztywno i zaczynam dosypywać cukier, zmieniam trzepaczkę na mikser, bo do masy bezowej dodaje się sporo cukru i w pewnym momencie ręczne ubijanie jest prawie niemożliwe.

Do pozostałych ciast można pianę ubijać bezkarnie mikserem, ponieważ pełni ona rolę spulchniacza i nie decyduje o jakości ciasta. Do takich ciast należą niewątpliwie serniki i makowce.

Ręczną trzepaczkę można zastąpić bez uszczerbku dla jakości piany maszyną do wyrabiania ciast o dużej mocy. Pamiętać jedynie należy, że pianę ubija się na najwyższych obrotach.

Co to jest w ogóle ta sztywna piana i jak długo należy ją ubijać, żeby osiągnąć taki stan? Pianę ubijamy tak długo aż w widoczny sposób zacznie się rwać, jest to szczególnie dobrze widoczne przy ubijaniu ręcznym. W tym momencie można przeprowadzić test polegający na tym, że naczynie z pianą odwracamy do góry nogami. Jeśli piana jest rzeczywiście ubita na sztywno - nie ma prawa nawet drgnąć nie mówiąc już o tym, że mogłaby chcieć wypłynąć z naczynia. Jeśli ten stan nie został osiągnięty, ubijanie należy kontynuować i za jakiś czas przeprowadzić ponownie próbę. Czasem jednak zdarza się, że piana nie chce się ubić. Może to oznaczać właściwie tylko tyle, że jajka były mocno nieświeże. Nieudaną pianę należy wylać jeszcze przed dodaniem cukru. Szkoda dalszej pracy.

Po ubiciu piany na sztywno można zacząć dodawać cukier. Zawsze robimy to stopniowo, chyba, że w przepisie wyraźnie jest napisane, że należy dodać cały cukier od razu. Cukier dodajemy małymi porcjami, po czym pianę ubijamy dalej, aż do rozpuszczenia się dodanej porcji cukru. Dopiero wówczas dodajemy następną porcję i znów ubijamy. Tej zasady trzymam się zawsze wtedy, gdy robię bezy. Jeśli ubijam piane na biszkopt odstępuję delikatnie od tej zasady, bo po ubiciu piany z cukrem dodaję jeszcze żółtka, również stopniowo, więc cukier będzie miał jeszcze okazję się rozpuścić.

To chyba już wszystko na ten temat :)

 

Wersja do druku

Będąc młodą kucharką :) niejednokrotnie miałam dylematy podczas przyrządzania różnych potraw lub pieczenia ciast. A na rodzące się w trakcie kulinarnych zmagań pytania nie zawsze otrzymywałam odpowiedź. Żółty zeszyt z przepisami nie zawierał niestety cennych komentarzy i opisów, dzięki którym można by rozwiązać problem.

 

Teraz, kiedy już młodą kucharką być przestałam, wyszłam na przeciw modzie na blogi i postanowiłam, tak jak moja guru Dorotka z Moich Wypieków, poprowadzić własny blog o wszystkim, co wiąże się z kuchnią.

Wpisując na bloga przepisy, które sprawdziłam i polecam, za każdym razem wpadam w pułapkę gadulstwa, usiłując opisać z nadrobniejszymi szczegółami najtrudniejsze etapy wykonania poszczególnych potraw. Później z ciężkim sercem, koryguję, wycinam, przekształcam, aż wreszcie opis stanie się na tyle krótki, żeby się w nim nie zagubić i jednocześnie na tyle szczegółowy, żeby wykonanie potrawy stało się w ogóle możliwe.

Myśląc sobie o tych wszystkich dylematach, doszłam do wniosku, że dobrym rozwiązaniem tego problemu będzie otwarcie nowego działu na blogu, który nazwałam "Rady nie od parady", w którym będe zamieszczać informacje praktyczne na tematy ogólne związane z kuchnią. Natchnieniem były tu również przemyślenia jakie miałam czytając bloga Dorotki. Tam w komentarzach do różnych wypieków pojawiają się te same pytania, na które Dorota pisze wciąż te same odpowiedzi. Zebranie wszystkich porad w jednym miejscu będzie więc oszczędnością czasu dla wszystkich, którzy chcą szybko znaleźć konkretną odpowiedź na swoje pytania.

Bake Bread for World Bread Day 2011
Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarnej blogosfery Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...