Życie ze smakiem
poniedziałek, 30 maja 2011

Po kilku sezonach szparagowych, podczas których jedliśmy wyłącznie szparagi gotowane na parze lub w wodzie, polane masłem (bo takie nam bardzo smakowały), dojrzałam wreszcie do zmian. Impulsem był przepis Bei na szpinak ze szparagami i kokosem. Na ten przysmak jednakże jeszcze się nie zdecydowałam, ale Bea poleciła mi TO:

Szparagi z sezamem i miodem są naszym tegorocznym odkryciem na szparagowy sezon, dlatego też dołączam ten przepis do akcji "Sezon na szparagi".

 

Składniki:

  • 1/2 kg szparagów
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • 1 łyżeczka cukru (zamiast cukru użyłam ½ łyżki miodu)
  • 1 łyżka oleju sezamowego
  • 2 ząbki posiekanego czosnku
  • ok. 3 łyżek sezamu

Wykonanie:

Sos sojowy mieszamy z cukrem lub miodem. Szparagi umyjemy, obcinamy twarde końcówki i kroimy na ok. 5 cm kawałki.
Olej sezamowy rozgrzewamy na głębokej patelni, dodajemy posiekany czosnek i krótko obsmażamy, ale tak by się nie zrumienił. Dodajemy szparagi i ciągle mieszając smażymy je około 4 minut. Dodajemy sos sojowy i smażymy dalej aż prawie cały sos wyparuje.
Przekładamy na talerz, posypujemy sezamem i natychmiast zjadamy. Na ciepło są bardzo dobre, ale jak ostygną są też świetnym dodatkiem do grillowanych mięs.


niedziela, 29 maja 2011

Na szczęście dla niej i dla nas - trafiła do dobrych ludzi, który oddali ją nam dziś po południu.

Dziękuję wszystkim, którzy zaangażowali się w poszukiwanie mojego psa i wspólnie ze mną martwili się o niego.

Dziękuję :):):)

sobota, 28 maja 2011

Dziś około godziny 19.30 w okolicach Lublina - blisko trasy na Nałęczów zginął mój pies.

Jest to biało - ruda suczka setera irlandzkiego. Miała na szyi czarną, podniszczoną obrożę.

Reaguje na imię" Szanta".

Prosimy o pomoc w jej odnalezieniu.

W uchu ma tatuaż K012.

Znalazca może liczyć na nagrodę pieniężną.


Moja babcia, mama mojej mamy, kiedy tylko nadeszły cieplejsze dni, z gotowaniem i pieczeniem przenosiła się do kuchni na dworze. Rzecz jasna nie była to kuchnia pod chmurką, ale pomieszczenie w ciągu budynków gospodarskich w którym była druga kaflowa kuchnia (w domu też była, taka z okapem :) Tam babcia gotowała przez całe lato pyszne zupy, aromatyczne kompoty, młode ziemniaczki i bób. Tam też "zsiadało" się mleko na jutrzejszy obiad, dojrzewały pomidory na oknie, młode jabłka zebrane spod drzewa czekały na zagospodarowanie. Ciągle tam coś pachniało, wrzało, kipiało, czasem nawet przypalało się. Kaflowa kuchnia wszak nie posiada sterowania kurkiem :) Zawsze tam było pełno kulinarnych skarbów, choć ja mając lat 10 czy 15 nie potrafiłam właściwie ocenić ich wartości. Zawsze wydawało mi się, że tam jest po prostu bałagan! A wszystkiego jest za dużo, no i kto to wszystko zje.

Dziś wiem, że taka wiejska "kuchnia na dworze", zwana też często "letnią kuchnią" to nie to samo co wymuskana kuchnia w bloku. Świeże warzywa prosto z pola są oblepione ziemią, a jabłka zbierane spod drzewa są poobijane i napoczęte przez robaczki. Kurka nie znosi wypolerowanych jajek, a mleko nie bierze się z kartonu. Dlatego babcie przenoszą się na lato do kuchi letnich, żeby tego brudu z pola, tych robaków z jabłek i słomy z obóki nie wlec do swoich wysprzątach domów.

Mojej babci już nie ma więc i w letniej kuchni nic już się nie dzieje. Nie ma brudu i robaczków, o zsiadłym mleku od własnej krowy nikt z rodziny już nawet nie marzy. Obiady w cieniu pod wisienką to tylko wspomnienie. Wisienka wprawdzie ciągle jest, ale nie ma już babci i młodych kartofelków polanych smażoną wiejską śmietaną z cebulką. Bób nie rośnie na grządce, nie dojrzewają truskawki, nie ma młodej cebulki jedzonej wprost na polu, ledwo otrzepanej z ziemi, ani kłujących jędrnych młodych ogórków, które grzechem było obierać ze skórki, ani marchewki, soczystej i słodkiej, pomidorów pielęgnowanych przez dziadzia, który uważał je za największy przysmak. To już przeszłość.

Acha, zostało mi jeszcze coś. Babcia latem obierała ziemniaki i inne jarzyny siadając na schodku letniej kuchni. Kiedy podrosłam, zaczęłam jej pomagać, póżniej przejęłam ten obowiązek. Dziś często obieram ziemniaki siadając na schodkach swojego tarasu. Obieram i słucham śpiewu ptaków. Czuję obecność babci. Praca i przyjemność jednocześnie.

Pozdrawiam letnio i serdecznie

Ps. Czy grill w ogródku to to samo co letnia kuchnia? Nie, ale przynajmniej obiad można zjeść na dworze. Uwielbiam czuć smak kotleta w ustach i wiatr we włosach. Jednocześnie :)

piątek, 27 maja 2011

Sprawy jak widać lekko się skomplikowały. Polka straciła serce do zajmowania się cukiernią, ale w tym samym momencie Małgosia z bloga Smaki Alzacji poczuła poryw serca i natychmiast osieroconą cukiernię adopotowała. W związku z komplikacjami jakie sie pojawiły,  podsumowanie kwietniowej edycji robię ja, tu i teraz. Problem mam jedynie z ustaleniem, kto uczestniczył. Zamieszczam więc linki do wypieków, które udało mi się ustalić samodzielnie. Jeśli jest jeszcze ktoś kto uczestniczył w cukierni, a został pominięty - wystarczy że w komentarzu pod tym postem napisze, a ja natychmiast uaktualnię wpis.

Oto lista osób, które wzięły udział w kwietniowej edycji Cukierni u Polki:

Gosienkah z bloga "Z mojego podwórka" - przygotowała pieczony sernik z karmelkami daim

Margot11 z bloga "Kuchnia Alicji" - sernik pieczony z ciastkami oreo

Ko ko ko z bloga o tej samej nazwie - sernik pieczony z ciastkami oreo

MałgosiaZ z  bloga "Smaki Alzacji" - sernik na zimno z karmelkami daim

no i na końcu ja - zrobiłam dwa serniki z ciastkami oreo: na "ciepło" i na zimno

Wszystkim, którzy wzięli udział w "mojej" edycji cukierni bardzo serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że nie rozczarowały Was moje propozycje.

 

W związku z tym że Cukiernia u Polki została przygarnięta od maja przez Małgosię ze Smaków Alzacji zapraszam na jej bloga - jeszcze zdążycie wziąć udział w majowej edycji:

Cukiernia # 1- maj

 

A już niebawem edycja czerwcowa w której znów założę fartuch gospodyni :) Propozycja będzie letnia i uniwersalna. Jestem pewna, że wam posmakuje.

niedziela, 22 maja 2011

Inspiracją dla tego sernika był przepis z forum cincin na pieczony sernik z białą czekoladą i pistacjami.

Plan był taki, żeby wyrzucić z przepisu mąkę i jajka, a w to miejsce dodać śmietanę i żelatynę. W trakcie przygotowania jednak koncepcja zmieniała się z każdym kolejno dodawanym składnikiem. Ostatecznie wyszedł sernik o niebywałym smaku i konsystencji. Kremowy, słodko - słony, delikatny. Sernik salonowy, szalenie elegancki w smaku i całkiem inny od wszystkich, które do tej pory przygotowałam. Nie ma w nim śmietany, ani żelatyny, jest ser, czekolada i pistacje.

Zapraszam do degustacji.

Składniki:

160 g ciastek digestive lub innych lekko słonych herbatników

60 g rozpuszczonego masła

700 g sera twarogowego dwukrotnie zmielonego (najlepszy jest wiaderkowy z Piątnicy)

1 łyżka ekstraktu waniliowego

1/2 szklanki cukru pudru

250  g serka mascarpone

160 g białej czekolady

3/4 szklanki wyłuskanych pistacji

 

Opcjonalnie do dekoracji:

250 ml śmietany kremówki

1 łyżka cukru pudru

 

Wykonanie:

Herbatniki kruszymy w malakserze i mieszamy z roztopionym masłem. Do wyłożonej folią aluminiową tortownicy o średnicy 20 cm wsypujemy pokruszone ciastka i lekko ugniatamy. Tortownicę wkładamy do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Twaróg, ekstrakt waniliowy, cukier i mascarpone miksujemy do połączenia składników. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej i dodajemy do masy serowej. Na koniec wsypujemy posiekane pistacje (wcześniej odkładamy 2 łyżki do posypania wierzchu sernika). Mieszamy wszystko razem. Masę serową wykładamy do tortownicy i wygładzamy wierzch. Jeśli nie zamierzamy dekorować sernika bitą śmietaną, to w tym momencie posypujemy wierzch pozostałymi pistacjami i bardzo leciutko wgniatamy je w masę serową.

Jeśli chcemy sernik udekorować bitą śmietaną, to po wyłożeniu masy serowej na ciasteczkowy spód wkładamy sernik na kilka godzin do lodówki. Przed podaniem ubijamy śmietanę dodając pod koniec cukier puder. Dzięki niemu bita śmietana będzie się lepiej trzymać, nie radzę więc go pomijać.

Wyjmujemy sernik z tortownicy. Wierzch smarujemy 2/3 śmietany, a resztą dekorujemy brzeg. Na środek wysypujemy pistacje.

Smacznego :)

PS. Wiaderkowy twaróg z Piątnicy jest bardzo gęsty, dlatego zrezygnowałam z dodatku żelatyny, domniemując (słusznie zresztą), że czekolada tężejąc zwiąże sernik. Tak się też stało. Jeśli jednak wasza masa będzie wyraźnie płynna, użyjcie żelatyny, bo sama czekolada nie da sobie rady. Proponuję 1 czubatą łyżeczkę żelatyny rozpuścic w 2-3 łyżkach wrzątku i przed dodaniem czekolady wymieszać ją z masą serową, kiedy będzie jeszcze mocno ciepła. Dalej postępować zgodnie z przepisem.


Kiedy śmietana nie chce się ubić najpierw robi nam się nieprzyjemnie, później gorąco, następnie wpadamy w złość i... I tu należy się zatrzymać. Nie raz już i nie dwa, w gniewie wylałam oporną śmietanę. Czyn tyleż uzasadniony co karygony. Wprawdzie takiej śmietany dla wypieku czy też deseru nie da się już uratować, ale nie oznacza to bynajmniej że z tej śmietany nic już nie będzie.

Dlaczego śmietana nie chce się ubić? Powodów może być kilka. Najczęściej chodzi o to, że nie dość dobrze została schłodzona. Bywa też tak (to mój przypadek bo kupuję na zapas - na wypadek gdybym znalazła odrobinę czasu dla kuchni), że śmietana trochę za długo poleży w lodówce i lekko skwaśnieje, o czym my nie mamy pojęcia i w dobrej wierze chcemy ją wykorzystać do wykwintnego deseru z bitą śmietaną. Taka śmietana też już się niestety nie ubije, ale dowiadujemy się o tym najczęściej już w trakcie.

Cóż więc począć z taką oporną śmietaną? Po prostu ubijać dalej. W efekcie tego ubijania tłuszcz zawarty w śmietanie zacznie zbijać się w grudki. Na początku będzie to wyglądało tak jakby nam się śmietana zważyła. Czasem też kiedy ubijamy śmietanę do deseru i wszystko jest z nią w porządku, może nam się zdażyć, że będziemy ją ubijać ciut za długo. Wówczas też dojdziemy do tego momentu, w którym z ubitej już śmietany zacznie nam się niestety robić masło. Nie polecam wykorzystywać takiej zwarzonej śmietany do deserów, do grudki tłuszczu będą w nim bardzo dobrze wyczuwalne i z pewnością popsuje to smak deseru.

Wróćmy do masła. Początkowo, tak jak wspomniałam, grudki tłuszczu będą niewielkie, ale po chwili zauważycie, że robią się coraz większe i ze śmietany zaczyna się oddzielać również maślanka. Na tym etapie proponuję garnek ze śmietaną wstawić do zlewu i zmniejszyć obroty miksera, ponieważ wydzielająca się maślanka zacznie się strasznie rozchlapywać. Wytrzymajmy ten moment. Niedługo koniec. Kiedy podczas ubijania zauważycie, że grudki tłuszczu nie robią się już większe, odłużcie mikser. Powstałą miksturę najlepiej przelać przez sitko i zostawić na chwilę do odsączenia. Teraz przełóżcie prawie gotowe masło do głębszej miski i łyżką połączcie grudki w osełkę, lekko ją wyciskając. Z pewnością wydzieli się jeszcze trochę maślanki, którą należy odlać.

Takie masło trzeba przechowywac w lodówce i w miarę możliwości szybko zużyć.

Co z maślanką? Nie wylewać broń boże. Można ją wypić samemu lub dać do wypicia swojemu ukochanemu czworonogowi. Z pewnością latem będzie to bardzo stosowny napój. Poza tym to właśnie co uzyskacie produkując swoje masło będzie prawdziwą maślanką - nie zaś to co pod tą nazwą jest sprzedawane w sklepach i niewiele różni się od kefiru.

Smacznego:)

Ps. Nie polecam produkcji masła domowego na codzień bo interes jest mało opłacalny. Jest to za to świetny sposób na zagospodarowanie nadmiaru tłustej śmietanki, który pozostał nam w lodówce i do niczego innego raczej się nie nada.

środa, 18 maja 2011

 

 

Sernik wpadł mi w oko jakieś trzy tygodnie temu. Nie wiedziałam czy będzie dobry, ale miałam w domu zapomnianą butelkę likieru Baileys. Zapomnianą, bo wg mnie to przereklamowany trunek. Nie będę się tu rozpisywała ile wad w nim znalazłam, w każdym razie, kiedy zobaczyłam przepis, najpierw pomyślałam o tym, że jak raz w serniku ten niedobry likier może zyskać na smaku. Potem pomyślałam, że to połączenie może się okazać jedynym jego rozsądnym zastosowaniem. Podjęłam decyzję - robię. W końcu i tak do niczego innego nie zużyję tej napoczętej butelki - przecież nie będę się zmuszać do picia jak mi nie smakuje :)

Efekt okazał się może nie nadzwyczajny, bo jadłam lepsze serniki, ale też nie mogę powiedzieć , że nic w sobie nie ma. Jest naprawdę smaczny, kremowy, puszysty i MOCNO alkoholowy. Dodatkowo gorzka czekolada podkreśla ten smak i przywodzi na myśl czekoladowe cukierki z alkoholem.

Wypróbowałam go na moich koleżankach z pracy - orzekły, że jest pyszny. Niektóre wiary nie dawały, że mógł wyjść spod ludzkiej ręki (hihi - w domyśle było, że go kupiłam w cukierni). Tak więc jeśli lubicie mocno alkoholowe desery i gorzką czekoladę - odżałujcie parę złotych na Baileysa i zróbcie sobie ten sernik. A jeśli macie, tak jak ja, niewykorzystany trunek - wykorzystajcie go do sernika. Nie znajdziecie lepszego sposobu na jego uszlachetnienie.

Przepis znalazłam u Kasi z Gotuję bo lubię i lekko zmodyfikowałam

Spód:

  • 120 g zmielonych herbatników (użyłam 225 g ciastek Digestive )
  • 60 g stopionego masła (użyłam 100 g żeby skleić większą ilość ciastek)
  • 1 łyżeczka cukru pudru (pominęłam)
  • 1 łyżeczka kakao
  • 1 łyżeczka kawy rozpuszczalnej

 

Masa serowa:

  • 1 kg sera (użyłam twarogu sernikowego z wiaderka)
  • 250 ml kremówki (36%)
  • 150 ml + 50 ml likieru Baileys (można pominąć te dodatkowe 50 ml)
  • 1/2 - 3/4 szklanki cukru pudru (w zależności jak kwaśny macie ser)
  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 1/4 szklanki wrzątku
  • 3 łyżeczki żelatyny

 Wszystkie składniki spodu mieszamy i gotową masą wykładamy tortownicę (28 cm ), dociskamy i wstawiamy ją do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Żelatynę rozpuszczamy we wrzątku. Jesli nie chce się rozpuścić, naczynie z żelatyną wkładamy je do większego naczynia z wrzątkiem. Śmietankę ubijamy na sztywno. Czekoladę topimy w kąpieli wodnej i również odstawiamy aby przestygła. Ser miksujemy z cukrem pudrem, a kiedy masa będzie jednolita dolewamy 150 ml likieru a następnie żelatynę. Chwilę miksujemy. Do masy serowej dodajemy śmietankę i mieszamy delikatnie, na najmniejszych obrotach miksera tylko do chwili połączenia się składników. Masa powinna byc jednolita. 3/4 masy serowej wylewamy na przygotowany wcześniej spód.

Pozostałą masę serową mieszamy ze stopioną czekoladą i 50 ml likieru i energicznie mieszamy. Masę czekoladową nakładamy na wierzch i robimy esy floresy. Ja dla ozdoby nie wygładzałam powierzchni sernika. Wyglądała jak wzburzone morze :)

Zostawiamy do stężenia na całą noc. Smacznego :):):)





czwartek, 12 maja 2011

Witam wszystkie cukierniczki i cukierników, którzy piekli lub robili serniki w kwietniowej cukierni. Ponieważ Polka zrezygnowała całkowicie i nieodwołalnie z prowadzenia cukierni, usuwając ją ze swojej strony, proszę Was o zamieszczanie w komentarzach linków do Waszych prac. Zamieszczę własne podsumowanie, jak tylko wrócę do domu. Jednocześnie dziękuję wszystkim za udział w "mojej" cukierni już dziś, niezależnie od tego czy napiszecie do mnie czy nie. Mam też nadzieję, że serniki które zaproponowałam nie zawiodły Waszych oczekiwań.

Pozdrawiam i czekam na linki.

środa, 27 kwietnia 2011

Chociaż nie spodziewałam się, że sernik oreo na zimno będzie lepszy od pieczonego, nie mogłam go nie zrobić, po tym, jak rzuciłam wyzwanie innym w Cukierni u Polki. Rzeczywiście stało się tak jak przewidywałam. Sernik na zimno jest pyszny - nie można mu nic zarzucić. Problem w tym, że jego "ciepła" wersja, jak dla mnie była doskonała. Do tego ten uwodzicielski aromat, który roztaczał się podczas pieczenia...

Jeden i drugi sernik wart jest grzechu. Smakiem różnią się niewiele. Bardziej konsystencją. Pieczony jest grudkowaty, jak to sernik. Ten na zimno ma konsystencję zbliżoną do ptasiego mleczka. Obydwa są kwaskowe (jak na serniki przystało), bardzo białe (choć ten na zimno jest bardziej), w obydwu masa ciasteczkowa wyglądem i smakiem wyraźnie kontrastuje z serem.

Oto mój pomysł na sernik na zimno z ciasteczkami oreo:

Składniki na spód:

  • 160 g ciastek Oreo bez masy, czyli około 225 g ciastek z masą, którą usuwamy
  • 60 g masła, roztopionego

Ciastka rozkruszamy na piasek i mieszamy z roztopionym masłem. Dno tortownicy o średnicy 21 cm wykładamy folią aluminiową. Masę ciasteczkową wysypujemy na spód i wyrównujemy, lekko ugniatając. Wstawiamy do lodówki na czas przygotowania masy serowej.

Składniki na masę:

  • 600 g twarogu (zmielonego przynajmniej dwukrotnie) lub twarogu śmietankowego - użyłam wiaderkowego
  • 1 szklanka (250 ml) creme fraiche (można kremówkę wymieszać z łyżką maślanki i odstawić na dobę do ukwaszenia)
  • 2 łyżki żelatyny
  • 4-5 łyżek wrzątku
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 3/4 szklanki cukru
  • 50 g ciastek Oreo bez masy (około 80 g z masą), pokruszonych, do posypania
  • opcjonalnie pół szklanki śmietany kremówki i 2 łyżeczki cukru pudru do dekoracji

Ser, creme fraiche, ekstrakt i cukier krótko miksujemy na gładką masę. Żelatynę rozpuszczamy w gorącej wodzie. Ponieważ jest to dość trudne - najlepiej wstawić szklankę z żelatyną do miski napełnionej gorącą wodą. Nie czekamy aż żelatyna ostygnie, ponieważ w kontakcie z zimnym serem natychmiast stężeje. Wlewamy ją więc do masy serowej kiedy jest jeszcze bardzo ciepła i szybko miksujemy.  Gotową masę wykładamy na ciasteczkowy spód.  Zostawiamy w lodówce do stężenia na całą noc. Przed podaniem dekorujemy bitą śmietaną i posypujemy rozkruszonymi ciasteczkami.


Wersja do druku

niedziela, 10 kwietnia 2011

 

Niezła zabawa. Pokruszone ciasteczka najpierw wyglądały jak najprawdziwszy torf, a po dodaniu stopionego masła zamieniły się w substancję do złudzenia przypominającą wyglądem wywalony z "plajdziarki" świeży asfalt. Te grudki, ten połysk... Nic dodać, nic ująć.

Podczas pieczenia wyglądał baardzo obiecująco. Mniej więcej po półgodzinie po domu zaczął snuć się cudowny sernikowy aromat, drażniący nozdża, powodujący lekki ślinotok i składający obietnicę nieba. Ale! Nie wyprzedzajmy faktów. W końcu każdy sernik podczas pieczenia pachnie obłędnie, podczas gdy smak okazuje się często być zupełnie inną bajką. I tak próba smaku przypadnie dopiero nazajutrz. Na dodatek pochwaliłam się koleżankom i obiecałam, że "przyniosę go jutro do spróbowania". A co, jeśli sernik okaże się pomyłką?... O matko, co za stres! Przynajmniej wygląd będzie miał nieziemski - choć prawdę powiedziawszy to właśnie jego ziemski (albo lepiej - ziemisty) wygląd sprawił, że nie mogłam o nim zapomnieć. Czekać do jutra? Jak!!!


Składniki na spód:

  • 160 g ciastek Oreo bez masy, czyli około 225 g ciastek z masą, którą usuwamy
  • 60 g masła, roztopionego

Ciastka rozkruszamy na piasek i mieszamy z roztopionym masłem. Dno tortownicy o średnicy 21 cm wykładamy folią aluminiową. Masę ciasteczkową wysypujemy na spód i wyrównujemy, lekko ugniatając.

Składniki na masę:

  • 600 g twarogu (zmielonego przynajmniej dwukrotnie) lub twarogu śmietankowego - użyłam wiaderkowego
  • 1 szklanka (250 ml) creme fraiche (można kremówkę wymieszać z łyżką maślanki i odstawić na dobę do ukwaszenia)
  • 3 jajka
  • 2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 3/4 szklanki cukru
  • 70 g ciastek Oreo bez masy (około 100 g z masą), pokruszonych, do posypania - ja użyłam więcej

Nagrzewamy piekarnik do 180oC. Wszystkie składniki miksujemy ze sobą na gładką masę. Gotową masę wykładamy na ciasteczkowy spód. Pieczemy 60 minut. Środek sernika ma się tylko ściąć. Nie pieczemy do tzw. suchego patyczka. Zostawiamy do stężenia na całą noc. Posypujemy rozkruszonymi ciasteczkami.

 

Sernik jest pyszny, bardzo kremowy, lekko słodko-kwaśny, doskonale komponuje się z ciasteczkami. Byłam bardzo mile zaskoczona, bo okazało się, że to jest taki rodzaj sernika pieczonego, który lubię :) Nawet doszłam do wniosku, że wersja na zimno jeśli będzie lepsza od pieczonej, to raczej różnica nie będzie spektakularna, tak jak było w przypodaku sernika daim, gdzie wersja na zimno okazała się o wiele bogatsza smakowo niż pieczona. Niemniej ta też ma swoich zwolenników. Polecam sernik oreo. Uwodzi zapachem, urzeka wyglądem i oszałamia smakiem :) :) :)

 

Wersja do druku

piątek, 01 kwietnia 2011

Idzie wiosna, z nią Wielkanoc, a za nimi podąża lato. Już czuję to ciepło, ten leniwy upływ czasu w niedzielne poranki, spędzane z kawą na tarasiku przed domem i ten smak sernika na zimno z kajmakiem, posypanego chrupiącymi kawałeczkami karmelków, rozpływającego się w ustach. Mmmm, życie potrafi być piękne...

No ale czas wrócić do Cukierni.

Do zaproponowania mam trochę pieczenia i trochę zabawy. Bardzo lubię serniki, głównie na zimno. Początkowo robiłam to co znalazłam w internecie – gotowe przepisy, ale z czasem przestało mi to wystarczać i zaczęłam eksperymentować. Główny nurt tych eksperymentów to przerabianie przepisów na serniki pieczone i robienie z nich serników na zimno. Najbardziej udaną próbą był sernik z karmelkami daim i ten chciałabym zaproponować jako pierwszy. Drugi to sernik z ciastkami oreo. Jeszcze nie jest wypróbowany, ale w związku z pojawieniem się tych ciastek na polskim rynku, zaczął się pojawiać na blogach kulinarnych. Obydwa przepisy podstawowe (czyli na serniki pieczone) pochodzą z bloga Moje Wypieki, natomiast przeróbka sernika z karmelkami daim na sernik na zimno jest mojego autorstwa.

A na czym ma polegać zabawa? Po pierwsze na tym żeby przerobić przepis na sernik pieczony z ciastkami oreo i przygotować sernik na zimno, lub przygotować sernik w dwóch wersjach – pieczonej i na zimno. A dla tych, którzy nie mają weny, doświadczenia, chęci, lub czegokolwiek innego, proponuję rozwiązanie gotowe w postaci sernika z karmelkami. Karmelki daim można z powodzeniem zastąpić batonami twix, bez szkody dla smaku, więc nie będzie problemu z dostępnością. Dla porównania zachęcam Was do zrobienia sernika w dwóch wersjach - "ciepłej" i "zimnej".

Zapraszam do zabawy. A oto przepisy:

 

Sernik pieczony z karmelkami daim:

Składniki na spód:

  • 160 g ciastek digestive
  • 60 g masła
  • 50 g drobno posiekanych batoników daim

Składniki na masę serową:

  • 600 g twarogu półtłustego zmielonego dwukrotnie (lub sera twarogowego śmietankowego)
  • 1 niepełna szklanka cukru
  • 1 opakowanie budyniu waniliowego (40 g)
  • 2 łyżki kaszy manny
  • 3 jajka
  • 150 ml kwaśnej śmietany 18%
  • 150 ml śmietany kremówki
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 100 g posiekanych batoników daim

Składniki na wierzch:

  • 200 g kajmaku najlepiej z puszki
  • 50 g posiekanych batoników daim

Wykonanie:

Ciastka rozdrabniamy na piasek i dodajemy roztopione masło oraz posiekane karmelki. Masę ciasteczkową przesypujemy do okrągłej formy wyłożonej papierem i uklepujemy łyżką, żeby powstał spód. Wkładamy do lodówki do czasu przygotowania masy serowej.

Mikserem ucieramy zmielony twaróg ze śmietaną, cukrem, budyniem (proszkiem), kaszą i ekstraktem z wanilii, do uzyskania gładkiej masy. Wbijamy po jednym jajku i nadal ucieramy. Na koniec dodajemy posiekane karmelki, mieszamy i przelewamy do tortownicy, na przygotowany spód. Pieczemy w temeraturze 180oC przez około 60-70 minut. Po upieczeniu czekamy aż ostygnie i stężeje. Najlepiej wtawić go do lodówki na całą noc. Przed podaniem smarujemy wierzch sernika masą kajmakową i posypujemy posiekanymi karmelkami.

Kaszę mannę można w tym przepisie pominąć, sernik na pewno na tym zyska. Mnie się jednak moja masa serowa wydawała zbyt rzadka. Dosypałam więc kaszę, żeby wilgoć z sera miała się gdzie wchłonąć. Myślę jednak, że nie było to potrzebne, a zepsuło smak ciasta.

Wygląda on tak jak na tym zdjęciu:

http://trzypomidory.blox.pl/2010/10/Sernik-pieczony-z-karmelkami-daim.html

 

Sernik na zimno z karmelkami daim:

Składniki na spód:

  • 160 g ciastek digestive
  • 60 g masła
  • 50 g drobno posiekanych batoników lub cukierków daim

Ciastka rozdrabniamy w malakserze lub wałkiem na piasek, mieszamy z roztopionym masłem i drobno posiekanymi batonikami. Tortownicę o średnicy 21 cm  wykładamy papierem do pieczenia i wciskamy w dno  masę ciasteczkową. Chłodzimy  w lodówce do czasu przygotowania masy serowej.

Masa serowa:

  • 600 g twarogu półtłustego zmielonego trzykrotnie (lub sera twarogowego śmietankowego)
  • 0,5 szklanki cukru
  • 1 opakowanie budyniu waniliowego (40 g) + 250 ml mleka
  • 250 ml śmietany kremówki
  • 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 100 g posiekanych batoników lub cukierków daim (mozna zastąpić batonami twix)
  • 2 łyżki żelatyny

Wierzch:

Pół puszki masy kajmakowej (ok. 200 g)

50 g batoników daim

Budyń gotujemy na jednej szklance mleka i odstawiamy do wystudzenia. Twaróg miksujemy z cukrem na puszystą masę, dodajemy przestudzony budyń i ekstrakt waniliowy. Ponownie miksujemy, do połączenia składników. Rozpuszczamy żelatynę w 3-4 łyżkach gorącej wody. Jeśli nie chce się rozpuścić to wstawiamy naczynie  z żelatyną do miski z wrzątkiem. Odstawiamy żelatynę do ostygnięcia.

Śmietanę ubijamy na sztywno. Żelatynę powoli dodajemy do sera. Dobrze jest jak obie masy są lekko ciepłe, wówczas żelatyna nie będzie się ścinać w niekontrolowany sposób. Dodajemy śmietanę i posiekane cukierki daim i mieszamy wszystkie składniki. Przekładamy masę na spód z ciastek i wstawiamy do lodówki na minimum 4 godziny, a najlepiej na całą noc. Przed podaniem wierzch smarujemy kajmakiem i posypujemy posiekanymi karmelkami.

Tak wygląda gotowy:

http://trzypomidory.blox.pl/2010/10/Sernik-z-karmelkami-daim-na-zimno.html

 

Sernik pieczony z ciastkami oreo:

(cytuję prawie w całości za Dorotą z Moich Wypieków z niewielkimi, własnymi wtrętami)

Składniki na spód:

  • 160 g ciastek Oreo (bez masy)
  • 60 g masła, roztopionego

Ciastka pokruszyć na piasek, wymieszać z roztopionym masłem. Tortownicę o średnicy 21 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Masę ciastkową wysypać na spód, wyrównać.

Składniki na masę serową:

  • 600 g twarogu (zmielonego przynajmniej dwukrotnie) lub twarogu śmietankowego
  • 1 szklanka (250 ml) creme fraiche (można kremówkę zakwasić maślanką)
  • 3 jajka
  • 2 łyżki skrobi ziemniaczanej
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
  • 3/4 szklanki cukru
  • 70 g ciastek Oreo, pokruszonych, do posypania (bez masy)

Wszystkie składniki zmiksować na gładką masę (jajka dodajemy w całości). Wylać na ciasteczkowy spód.

Piec w temperaturze 180ºC przez 60 minut. Sernik powinien być ścięty na środku (nie pieczemy do tzw. suchego patyczka).

Wystudzić, schłodzić przez noc w lodówce. Na górę wysypać pokruszone ciastka.

 

Sernik na zimno z ciastkami oreo:

Wymyślcie sami :):):)

środa, 30 marca 2011

Za kilka dni, z początkiem kwietnia, znów spotkamy się w Weekendowej Cukierni. Po przerwie i pod zmienionym szyldem, ale jestem pewna, że będzie to ta sama cukiernia: smaczna, pachnąca i pełna entuzjazmu uczestników. A gospodynią pierwszego w tym roku wydania - wszystko na to wskazuje - będę JA :)

Zapraszam więc już dziś do uczestnictwa. Moje propozycje będą wiosenno - wielkanocne, z lekkim powiewem lata i polem do rozwoju inwencji twórczej. Mam nadzieję, że Wam się spodobają.

Czekam więc w kwietniu w Cukierni Polki z moimi wiosennymi propozycjami :)

niedziela, 20 marca 2011

Polka powraca!!! I to w każdym sensie. Dla mnie najważniejszy to ten, że wraca Weekendowa Cukiernia, choć w zmienionej szacie i pod zmieniona nazwą, ale wraca!

Witaj w domu Polko :)

Patronuj dalej dzielnie Cukierni, bo bez niej i bez Ciebie smutno i nudno...

niedziela, 27 lutego 2011

Najlepsze potrawy zawsze biorą się z biedy. Prostota takich dań jest porażająca, a smak? Spróbujcie sami...

Spagetti aglio e olio to w podstawowej wersji tylko makaron z oliwą i czosnkiem. Najprostsze i najlepsze danie na świecie. Z czasem uległo modyfikacjom. Jedni dodają papryczkę chilli i zieloną pietruszkę, inni suszone pomidory. U mnie w wersji "na bogato" występują właśnie suszone pomidory, oliwki i kapary. A najlepsze jest na sam koniec. Kiedy w garnku zostaje nieco sosu którego już nie da się wygarnąć ani łyżką ani widelcem, lubię wziąć kawałek chlebka i "wylizać" nim garnek do czysta :) Pyszności...


Składniki na pół paczki makaronu:

około 6 - 7 łyżek oliwy

około 10 niedużych ząbków czosnku

szczypta ostrej papryki

6-7 kawałków suszonych pomidorów z oliwy

2-3 łyżeczki kaparów

2-3 łyżki oliwek pokrojonych w plasterki

odrobina pieprzu i duża szczypta mieszanki ziół włoskich


Wykonanie:

Gotujemy makaron według opisu na opakowaniu.

Czosnek obieramy i siekamy - nie musi być bardzo drobno. Nie należy przeciskać go przez praskę, bo natychmiast się przypali i zgorzknieje. Oliwę rozgrzewamy na patelni. dodajemy czosnek, króciutko przesmażamy i prawie natychmiast dodajemy pozostałe składniki. Przyprawiamy i smażymy jeszcze około 2-3 minut.

Gotowy sos przekładamy do garnka z odcedzonym makaronem i podgrzewamy krótko. Makaron bardzo szybko stygnie, stąd zawsze przed podaniem podgrzewa się makaron razem z sosem, żeby był gorący.

Przekładamy na talerze, posypujemy parmezanem lub innym twardym serem.

Smacznego :)

Wersja do druku

poniedziałek, 21 lutego 2011

Właściwie zastanawiam się czy jestem uprawniona do zamieszczenia wpisu o zakwasie na swoim blogu. Jestem raczkującą piekarką, choć swoje chleby wypiekam od prawie siedmiu lat. Jednak dopiero od roku piekę na zakwasie i szczerze powiedziawszy, na jego temat mogę powiedzieć niewiele, choć to co mam do powiedzienia, może wyglądać na bardzo dużo. Swój pierwszy zakwas wyprodukowałam z prostej receptury, bliższej naszym babciom. Obdzieliłam nim wszystkie chętne koleżanki,  a tę resztę co mi została, zjadły muszki owocówki. Próbowałam chyba ze cztery razy zrobić zakwas według tamtej receptury, ale żaden się nie udał. Kolejne pleśniały po tygodniu lub dwóch. Ten który ostatnio posiadam jest wprawdzie, ale tak słabuje, że do każdego chleba muszę dodawać drożdże, żeby ciasto chciało cokolwiek urosnąć.

Po tych wszystkich niepowodzeniach postanowiłam sięgnąć po inną receptę na udany zakwas. Udałam się więc do Piekarni Tatter i skorzystałam z zamieszczonego tam przepisu na zakwas żytni, który pochodzi od Jeffreya Hamelmana. Założyłam, że tym razem nie może się nie udać. Bo choć jestem raczkująca, to jednak jakie takie doświadczenie już mam, a przepis od Tatter i Hamelmana musi być dobry.

Do zakwasu, oprócz mąki i wody potrzeba również dość wysokiej temperatury otoczenia. Kiedy mieszkałam w blokowym mieszkaniu, podczas produkcji swojego pierwszego zakwasu umieszczałam słój na rurce od kaloryfera, która zawsze była jednakowo ciepła. Po przeprowadzce do domu niestety nie mam takiego miejsca w którym byłaby stale dość wysoka temperatura. To był chyba powód dla którego nie udawały mi się kolejne zakwasy. Tym razem poradziłam sobie za pomocą kominka. Korzystam z okazji, że znów nadeszły mrozy i w kominku palimy codziennie, produkuję więc zakwas i będę to robić przez kolejne 7-10 dni, tak jak nakazuje mistrz Hamelman, a ten post będzie powstawał stopniowo, bo dzień po dniu będę fotografowała zakwas, żebyście mogli zobaczyć i porównać procesy zachodzące w waszych słoikach z tymi które widać na moich zdjęciach. Przepis lekko zmodyfikowałam zmniejszając ilość użytej mąki i wody. Proporcja jednak pozostaje taka sama.

Tak więc do dzieła:


Dzień pierwszy

140 g mąki żytniej razowej (w Polsce typ 2000)

140 g przegotowanej ciepłej wody


Łączymy obydwa składniki tak, aby powstała gładka pasta i umieszczamy ją  w słoiku. Słoik przykrywamy szczelnie folią i zostawiamy na 24 godziny w ciepłym miejscu o temperaturze 23-27oC. W tym czasie mieszanka przefermentuje, czego oznaką będą pojawiające się bąbelki.


Oto pasta powstała po zmieszaniu mąki i wody

Jeszcze nic się nie dzieje, ale jutro rano...


Po 24 godzinach zakwas wygląda tak:

Z 1/4 słoika zrobił się cały słoik, a struktura jest mocno gąbczasta:



Dzień drugi

70 g maki żytniej razowej (typ 2000)

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia


Wszystkie składniki mieszamy i umieszczamy w słoiku na kolejne 24 godziny w równie wysokiej temperaturze jak poprzednio i, również tak jak poprzednio nakrywamy słoik szczelnie folią. Drugiego dnia proces fermentacji będzie przebiegał już znacznie szybciej, bo do mieszanki dodaliśmy żywe i aktywne drożdże w postaci zakwasu. Po około 8 godzinach zakwas powinien wyrażnie "przytyć", tzn. powinien przyrosnąć prawie dwukrotnie.

Zaraz po dokarmieniu wygląda tak:

 

A tak zakwas prezentował się po 24 godzinach od dokarmienia:

 

Dzień trzeci

70 g maki żytniej razowej

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia

Od trzeciego dnia począwszy korzystnie jest mąkę i wodę przeznaczoną do dodania w tym dniu podzielić na dwie równe części i dodać w odstępie 12 godzin, czyli 35g mąki i 35g wody wymieszać z 70 g zakwasu z poprzedniego dnia, a po 12 godzinach dodać pozostałe 35 g mąki i 35 g wody. Jeśli nie macie takiej możliwości, to trudno, wymieszajcie wszystkie składniki na raz i odstawcie na kolejne 24 godziny w szczelnie przykrytym słoiku. Ja dokarmiłam dziś zakwas jednorazowo, ale od jutra będę to robić dwuetapowo.

Oto zakwas po kolejnym dokarmieniu:

Dziś zakwas nie pracuje już tak mocno jak pierwszego i drugiego dnia, ale nie oznacza to, że cały proces poszedł na marne. Trzeba uzbroić się w cierpliwość.

Oto jak wyglądał po 24 godzinach od dokarmienia:


 

Dzień czwarty

70 g maki żytniej razowej

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia

Dziś rano dokarmiłam zakwas połową porcji mąki i wody, a po 12 godzinach dosypałam resztę. Zakwas zdecydowanie słabo pracuje, a moja cierpliwość właśnie jest poddawana próbie. Zaczynam mieć wątpliwości, czy aby napewno się uda :(

Po kolejnym dokarmieniu:

Pod koniec czwartej doby mój zakwas wygląda jakby był martwy. Zupełny brak przyrostu, nikła ilość pęcherzyków. Fermentacja jednak zachodzi zmieniła się jego gęstość i struktura. Zakwas w miarę postępu fermentacji rzednie i staje się gąbczasty. Nie tracę więc nadziei.

Tak wyglądał dziś rano przed kolejnym dokarmieniem:

 

Dzień piąty

70 g maki żytniej razowej

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia

Znów dokarmiłam zakwas połową porcji mąki i wody. Za 12 godzin dosypię resztę. Dziś mój zakwas po dokarmieniu był bardzo gęsty. Gęściejszy niż dotychczas. Zastanawiam się dlaczego nie przyrasta. Na pewno nie jest mu za zimno, może ewentualnie ciut za ciepło. Dziś obniżę mu temperaturę i zobaczymy co będzie dalej. Odnoszę wrażenie że nie nadąża z przerabianiem nowych porcji mąki i wody. Czekam...

Po kolejnym dokarmieniu:

Po 24 godzinach jest jeszcze gorzej niż wczoraj. Prawie wcale nie ma pęcherzyków, nawet gęstość się nie za bardzo zmieniła. Jednak sukces naukowca polega na tym, żeby mimo wszystko doprowadzić eksperyment do końca. Tak więc dokarmiam dalej.

Tak wyglądał mój zakwas na koniec piątej doby produkcji:

 

 

Dzień szósty

70 g maki żytniej razowej

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia

Znów dokarmiłam zakwas połową porcji mąki i wody. Za 12 godzin dosypię resztę. Dzisiejsza procedura niczym nie różni się od wczorajszej, poza tym, że zdecydowałam się zostawić zakwas w temperaturze pokojowej. Może to zmusi go do lepszej pracy. Jak mu będzie chłodniej to się może zacznie ruszać :)

Po dokarmieniu szóstego dnia:

 

NO WRESZCIE! Nadzieja odzyskana. Coś jakby więcej pęcherzyków, choć przyrostu zupełnie nie widać. Znów zmieniła się konsystencja. Poza tym zakwas lekko zmienił zapach. Do tej pory pachniał żytnią namoczoną mąką, lekko skwaśniałą, a dziś wreszcie zaczyna pachnieć jak ocet winny!!! Kochani jest nadzieja, JEST NADZIEJA!!! Tak się ucieszyłam, że tę resztę zakwasu, którą zwykle wyrzucałam - postanowiłam dokarmić tak żeby uzyskać zakwas 150% hydracji - jutro upiekę z tego chleb. Opis doświadczenia znajdziecie w osobnym poście.

Oto zakwas pod koniec szóstej doby:

Lepiej to widać na zakwasie 150% hydracji:

 

Dzień siódmy

70 g maki żytniej razowej

70 g wody

70 g zakwasu z poprzedniego dnia

Znów dokarmiłam zakwas połową porcji mąki i wody. Za 12 godzin dosypię resztę. Wreszcie zaczęło się coś dziać. Zakwas nadal pozostawiam w temperaturze pokojowej. Widocznie to mu dobrze robi. Znów zostawiłam resztę zakwasu i dokarmiłam tak, żeby mieć zakwas 100% hydracji. Eksperyment z chlebem - jutro.

Po kolejnym dokarmieniu:

Uff. Cierpliwość została nagrodzona. Po kolejnych 12 godzinach obserwacji widzę, że zakwas zaczyna coraz mocniej pracować :-). A już myślałam, że nic z niego nie będzie. Bąbelkuje, przyrasta i pachnie octem jabłkowym. Właściwie po siódmym dniu można już zaprzestać hodowli zakwasu, ale zaleca się karmić zakwas jeszcze przez trzy kolejne dni, żeby nabrał mocy. Ja mam w każdym razie zamiar karmić swój, tak jak jest zalecane, czyli jeszcze przez trzy dni. Równolegle jak już wspomniałam wyżej - nadwyżki zakwasu zużywam na bieżąco piekąc jeden z naszych ulubionych chlebów, czyli czeski chleb wiejski. Jest to bezproblemowy chleb zakwasowo-drożdżowy, zawsze się udający i bardzo smaczny. Jeśli będziecie chcieli sprawdzić moc swojego zakwasu, po prostu pomińcie drożdże. Ten chleb udaje się też na samym zakwasie. Trzeba dać mu tylko trochę więcej czasu na wyrastanie. Przy czym owe "trochę" to może być równie dobrze godzina lub pięć. Wszystko zależy od temperatuty otoczenia i mocy zakwasu.

Tak wygląda zakwas po siódmym dniu. Prawda że nabrał rumieńców?

 

Dzień ósmy, dziewiąty i dziesiąty

Składniki, proporcje i procedury pozostają bez zmian. Zakwas pięknie pracuje. Cały czas trzymam go w ciepłym miejscu. Pachnie owocowo. Chlebki rosną koncertowo, choć też muszą mieć dość ciepłe otoczenie. Wszystkim, którzy podejmą wyzwanie, życzę powodzenia, wytrwałości i WIARY :)

wtorek, 15 lutego 2011

Nieskomplikowany w wykonaniu, prosty w składzie i wielofunkcyjny jednocześnie. Przepis, a właściwej będzie powiedzieć - opis jego wykonania znalazłam kilka lat temu w książce Roberta Makłowicza i Piotra Bikonta pt. "Dialogi języka z podniebieniem". Samą książkę polecam tym, którzy lubią czytać o jedzeniu bo napisana jest doskonale, z humorem i traktuje o rzeczach zwykłych oraz niezwykłych, mówi o tym jak przygotować prosty sos ale też dowiemy się z niej co to jest pasternak lub animelka. Ponadto łączy w sobie funkcję książki kucharskiej z funkcją literacką, a obie ilustrowane są artystyczno-humorystycznymi zdjęciami obu panów w wielu przebraniach. Oglądając te zdjęcia przez łzy śmiechu doszłam do wniosku, że w pewnym sensie ilustrują one też to co dzieje się w kuchni, kiedy"przebieramy" proste produkty w różne "przebrania" i za każdym razem uzyskujemy inny efekt. Konkluzja: środek niby ten sam, ale smak zupełnie inny. Polecam tę książkę do przeczytania, lub w jej zastępstwie inną, zatytułowaną "Stół z powyłamywanymi nogami".

Wróćmy do sosu. W książce funkcjonuje on jako sos do spagetti, ale w moim domu po latach eksperymentów przybrał on dwie zasadnicze postacie: bazową która nadaje się do przechowywania w niedużych szczelnie zamkniętych słoiczkach, i rozszerzoną, używaną do spagetti. Wersja bazowa sosu powstała z potrzeby zagospodarowania sporej ilości przecieru pomidorowego i takim sposobem powstał sos, który nadaje się do pizzy ale może też wystąpić w charakterze keczupu. Zastąpi nam wówczas sklepowy produkt zawierający sporo różego rodzaju chemii oraz witamin z grupy E (E500 itp.) Jako sos do spagetti sprawdził się wyśmienicie - smakuje nie tylko mojemu etatowemu niejadkowi, ale również dzieciom bliższych i dalszych znajomych. Polecam - wszak dzieci wiedzą co dobre :)


Składniki na sos podstawowy:

1 l przecieru pomidorowego (można użyć pomidorów z puszki lub świeżych)

2 łyżki oliwy z oliwek

szczypta ostrej papryki lub sproszkowanego chilli

sól, pieprz i przyprawa włoska


Wykonanie:

W rondelku rozgrzewamy oliwę, zdejmujemy garnek z palnika i dodajemy paprykę. Łączymy z oliwą i dolewamy przecier. Gotujemy na wolnym ogniu ok. 10 miut lub do czasu aż zgęstnieje. W międzyczasie dodajemy roztarte w dłoniach zioła włoskie. Możecie przygotować sobie taką mieszankę według przepisu zamieszczonego TUTAJ. Na koniec dodajemy do smaku sól i pieprz. Gorący sos przekładamy do małych słoiczków i zamykamy. Po ostygnięciu przechowujemy w lodówce.

Jeżeli użyjemy świeżych pomidorów, to wcześniej musimy je sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki i drobno pokroić. Sos ze świeżych pomidorów, lub choćby puszkowych będzie lepszy, ale pamiętajmy, że trzeba go znacznie dłużej gotować, żeby odparował nadmiar wody.


Sos do spagetti:

Na patelni rozgrzewamy łyżkę oliwy i podsmażamy na niej 3-4 pokrojone w plastry ząbki czosnku. Smażymy tylko do czasu, aż czosnek zmięknie, a potem zdejmujemy go z patelni. Następnie wlewamy na patelnię przygotowany wcześniej sos bazowy i podgrzewamy, albo postępujemy dalej tak jak w przepisie bazowym. Ugotowany makaron przekładamy na patelnię i jeszcze przez chwilę trzymamy na ogniu. Podajemy oczywiście gorący i posypany startym serem. Sos możemy wzbogacić oliwkami lub kaparami, lub jednym i drugim.


Wersja do druku

niedziela, 13 lutego 2011

Z okazji Walentynek przygotowałam dziś  malutkie ciasteczka z migdałami w kształcie serc. Ciastka są dość mocno czekoladowe, choć zredukowałam ilość kakao i tak małe, że wystarczają na kęs, góra dwa. Przepis wybrałam ze Złotej Księgi Czekolady. Nie jest to pierwszy wypiek zaczerpnięty z tej skarbnicy, bo wcześniej już piekłam tort bezowo-orzechowy. Miał on być pierwszą recepturą spośród wielu, które zamierzam wypróbować, ale okazał się historią porażek, z niewielkim sukcesem na samym końcu, ale to osobna historia.

Ciasteczka są pyszne na świeżo. Najbardziej smakowały mi zaraz po wyjęciu z piekarnika i lekkim przestygnięciu. Wówczas są chrupiące z wierzchu i miękkie w środku. Później są już całe chrupiące. Nie wiem jak będą smakowały jutro bo obawiam się, że raczej nie doczekają poranka. podejrzewam jednak że zmiękną i przestaną być chrupiące, co wcale nie oznacza, że staną się niedobre. Są pyszne do kawy, jak wszystko co czekoladowe.

Tak naprawdę piekąc je wcale nie myślałam o Walentynkach, bo ich nie obchodzę. Upiekłam je, bo po primo bardzo się opuściłam ostatnio, jeśli chodzi o blogowanie, a wybrałam je dlatego, że wszystkie potrzebne składniki miałam w domu i mogłam od razu zabrać się do pieczenia. A po drugie primo :) postanowiliśmy dziś zjeść obiad  w Piskach u pani Elizy w jej restauracji i była mi potrzebna jakaś ofiara przebłagalna, ponieważ pani Eliza od trzech lat regularnie raz na kwartał zapraszała nas do siebie, a my (o zgrozo) od trzech lat nie mieliśmy na to czasu. Tak więc w ramach przeprosin - orzechy, czekolada i święty Walenty :)


Składniki:

  • 200 g mąki pszennej
  • 50 g kakao (dodałam 30 g, a resztę zastąpiłam mąką)
  • 50 g zmielonych orzechów laskowych (użyłam migdałów)
  • 1/8 łyżeczki soli
  • 125 g miękkiego masła
  • 150 g brązowego cukru
  • 2 duże jajka
  • 50 g posiekanych orzechów laskowych (użyłam migdałów)


Wykonanie:

Mąkę mieszamy w misce z solą, kakao i mielonymi orzechami. W drugiej misce ucieramy na wysokich obrotach masło z cukrem na gładką masę, po czym, cały czas miksując, dodajemy jedno całe jajko i jedno żółtko, zachowując białko. Następnie dodajemy mieszankę suchych składników i na wolnych obrotach wyrabiamy ciasto. Ja robiłam to stopniowo, do połączenia składników, a później przełożyłam ciasto z miski na stolnicę i jeszcze chwilę zagniatałam.

Formujemy kulę, owijamy folią i wkładamy na 30 minut do lodówki. W tym czasie rozgrzewamy piekarnik do 180oC i smarujemy dwie blachy masłem. Ja piekłam ciasteczka na matach silikonowych, nie musiałam więc ich niczym smarować. Wyjmujemy ciasto z lodówki, odwijamy z folii i rozwałkowujemy na lekko omączonej stolnicy na grubość ok 5 mm. Wycinamy serca formą o średnicy ok. 4 cm i układamy na blaszkach w niedużych odstępach. Ciastka nie rosną podczas pieczenia, odstępy nie muszą więc być duże. Pozostałe białko ubijamy na sztywną pianę z odrobiną soli. Pianą smarujemy wierzch ciasteczek i posypujemy posiekanymi orzechami.

Pieczemy około 12 minut. Przekładamy na kratkę i pozostawiamy do całkowitego wystygnięcia.

Smacznego :)

Wersja do druku

Za czasów, kiedy jeszcze byłam bardzo młodą kucharką, jednym ze szczytów moich umiejętności było przygotowanie spagetti z sosem bolońskim, który nie był sosem papierkowym. Zbyt wiele wymagałby jednak ode mnie ten, który oczekiwałby, że będę wiedziała jakich przypraw powinnam użyć. W tych czasach niewiedzy używałam gotowej przyprawy do spagetti. Kiedyś taka była w sprzedaży. I dopóki była, nawet nie myślałam o tym, żeby ją zastąpić. Aż tu razu pewnego moja ulubiona przyprawa znikła z półek sklepowych i już się nie pojawiła. Na szczęście dla mnie samej, zanim wyrzuciłam opakowanie, zainteresowałam się składem. Nie namyślając się wiele poszłam do sklepu i kupiłam trzy magiczne torebeczki. Zmieszałam, szczelnie zamknęłam i z powodzeniem używam nie tylko do spagetti, ale też do innych potraw o włoskim rodowodzie, wzbogacając ją czasem o inne składniki. Baza jednak od lat pozostaje taka sama.


Składniki:

1 opakowanie bazylii

1 opakowanie oregano

1 opakowanie cząbru


Wykonanie:

Wszystkie przyprawy mieszamy ze sobą i zamykamy w szczelnym naczyniu. Ja przesypuję sobie część mieszanki do pojemniczka z młynkiem (takim jak do soli i pieprzu), i dopiero wówczas dodaję ją do potraw. Zastępuje mi to rozcieranie ziół w dłoniach przed dodaniem do potrawy. Robert Makłowicz mówi, że takie rozcieranie lepiej wydobywa aromat suszonych ziół i ja lubię w to wierzyć :)

Wersja do druku

sobota, 12 lutego 2011

Najzwyklejszy kurczak pod słońcem. Po prostu kurczak. Tylko kurczak. Aż kurczak. To chyba najlepszy sposób na kurczaka, spośród wszystkich które wypróbowałam. Sposób mojej mamy. Sposób szybki, niezawodny. Jego prostota zahacza wręcz o wykwint. Spróbujcie sami.


Składniki:

  • 4 ćwiartki kurczaka
  • 500 g pieczarek
  • czubata łyżka masła
  • 1 nieduża cebula
  • sól, pieprz, ew. vegeta jeśli używacie
  • 2-3 gałązki rozmarynu


Wykonanie:

Nagrzewamy piekarnik do 200oC. Kurczaka myjemy i oddzielamy podudzia od udek. Układamy w naczyniu żaroodpornym lub w gęsiarce. Posypujemy solą, pieprzem i vegetą. Soli używamy więcej, jeśli rezygnujemy z vegety. Na wierzch układamy gałązki rozmarynu. Pieczemy przez 30 minut pod przykryciem w termoobiegu, po czym zdejmujemy przykrywkę i pieczemy kolejne 30 minut z włącząną górną grzałką lub opiekaczem.

Kiedy kurczak się piecze, przygotowujemy pieczarki. Jeśli są bardzo brudne - myjemy je. Jeśli nie to wystarczy je przetrzeć wilgotną ściereczką lub nie myć wcale. Pieczarki podczas mycia szybko nasiąkają wodą i stają się później wodniste i nieapetyczne, dlatego mycie jest ostatecznością. Na patelni rozgrzewamy masło, cebulkę kroimy w niezbyt drobną kostkę i szklimy na maśle. Dodajemy pieczarki i smażymy do czasu aż z patelni wyparuje sok z nich i zaczną się złocić. Solimy i posypujemy świeżo zmielonym pieprzem.

Upieczonego kurczaka podajemy z usmażonymi pieczarkami. Jako dodatki doskonałe będa pieczone ziemniaki i sałata ze śmietaną. Niezłym uzupełnieniem na talerzu będzie też dodatek żurawiny.

Smacznego :)

Wersja do druku

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Bake Bread for World Bread Day 2011
Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarnej blogosfery Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...