Życie ze smakiem
środa, 22 sierpnia 2012

Kiedyś na blogach pojawiła się akcja kulinarna pt. "Tylna ścianka", która miała na celu wymiatanie z lodówki niedobitków kulinarnich. W każdym domu i w każdej lodówce (no chyba, że u kawalera stołującego się na mieście) istnieje problem niezużytej łyżki śmietany, pozostałości majonezu, kawałka kapusty, pół opakowania mascarpone, zapomnianego słoika z  resztką dżemu, otwartej puszki z niezużytym w całości kajmakiem, itd, itp. Temat jest w końcu znany i nie ma potrzeby zanadto się nad nim rozwodzić. Dość powiedzieć, że wszystkie te skarby z czasem lądują przy tylnej ściance lodówki i siedzą sobie tam cichutko do czasu, aż zakwitną.

Kiedy zaczynałam swoją blogową przygodę i szał mnie ogarniał na gotowanie i pieczenie smakołyków wszelkich, których moja wątła rodzina nijak nie dawała rady zniszczyć,  kupiłam sobie wagę i z aptekarską dokładnością realizowałam kolejne projekty kulinarne. Skutek: tylna ścianka zapchana tak imponująco, że trudno było zamknąć drzwi lodówki!!! Efekt uboczny był taki, że co jakiś czas, opróżniając lodówkę  z nadpsutych, niezużytych ingrediencji moich kulinarnych wyczynów, ze zgrozą szacowałam ogrom strat finansowych. A z tyłu głowy echem tłukły się hasła o głodującej Afryce. 

Z czasem jednak porzuciłam wierność przepisom (tym kulinarnym wyłącznie) i zaczęłam je modyfikować tak, żeby spowolnić proces puchnięcia tylnej ścianki. I tak na ten przykład zamiast 190 g składnika dodawałam 200 g jeśli akurat opakowanie tyle miało. Albo zamiast jednej potrawy planowałam dwie, jeśli miały ten sam główny składnik i jedno jego opakowanie wystarczało na obie (czasem, rzecz jasna, po lekkiej modyfikacji). Prawdziwym odkryciem (dzięki ci Centko droga), był serek Piątnicy w małych 200 - gramowych opakowaniach. Ten sam co w  wiaderku, tylko teraz mogłam kupić prawie dokładnie tyle ile mi potrzeba, zamiast kilograma z którego potrzebowałam zużyć na ten przykład 650 g.

Prawdziwym jednak wyzwaniem okazały się świeże drożdże, bo w tym przypadku trudno byłoby mówić o lekkim liftingu w przepisie, skoro z reguły należy użyć 10-20 g drożdży, a kostce jest 100. No nijak się nie da. Tak więc drożdże najczęściej i najefektowniej zakwitały w mojej lodówce, aż wreszcie mnie olśniło pewnego pięknego dnia i... po prostu je zamroziłam. No nie tak od razu. Najpierw podzieliłam na mniej więcej równe (to bardzo trudne zadanie) około 10-gramowe kawałeczki, pozawijałam je jak świstak, w sreberka, wrzuciłam do woreczka, a dopiero na samym końcu włożyłam do zamrażarki. Okazało się też, że niskie temperatury nic a nic drożdżom nie szkodzą na moc, za to wydatnie wpływają na świeżość. Poza tym rozmrażają się bardzo szybko, i szybko nadają się do użycia.

Jednak mimo sukcesu na polu drożdżowym mam jedną zasadniczą porażkę. Śmietanową konkretnie. Nie wiem jak to się dzieje, że raz mam jej zdecydowany nadmiar, a raz całkowity brak. Jak też się zapewne domyślacie okresy zapotrzebowania na śmietanę zupełnie nie idą w parze z jej domową podażą. Pracuję więc nad śmietaną. Jak coś wypracuję - niezwłocznie doniosę :)

wtorek, 21 sierpnia 2012

Zdarzało mi się w przeszłości cierpieć wielokrotnie z tego powodu, że gość w dom, a w lodówce pusto. Szybkie przeszukanie szafek w poszukiwaniu choćby ciasteczek maślanych lub innych sklepowych specjałów dawało podobne rezultaty. Całe zresztą szczęście, bo w rodzinie kiedyś fama się poniosła, że jak się do M pójdzie to ani chybi coś dobrego się dostanie. No maślane ze sklepu nie ma się za bardzo do tematu. Czarowanie domowym chlebem z domowym smalcem mogło się udać raz, no może dwa przy założeniu że odstęp czasu był odpowiednio długi. Cóż więc począć kiedy gość w dom, bóg w dom a w lodówce echo i pingwiny?

No i tu dochodzimy do sedna. Nie wiem jak u was, ale w moich zasobach zawsze gdzieś po kątach walały się jakieś owoce - świeże czy mrożone, to akurat bez znaczenia. Czasem nawet te w słoiku mogą się przydać kiedy już naprawdę nic a nic nie da się z innych kątów wyskrobać. Poza tym w moim domu mąki i masła zawsze dostatek. Cukru też raczej nie brakuje. Jeśli i Wy macie podobną strukturę spiżarki, to już właściwie jest niezbędne minimum do tego, żeby przygotować crumble, czyli po naszemu kruszonkę. Moje wybawienie i objawienie zarazem.

Kiedyś bardzo się starałam, żeby moja kruszonka była rasowa, rodowodowa niemalże. Czytałam uważnie przepisy, odmierzałam składniki z aptekarską dokładnością. Liczyłam, ważyłam, dodawałam. Do czasu. Zaciekawiona tym co żesz to jest za zwierzę, napisałam do ciotki Wikipedii, a ona mi odpowiedziała. Nie będę całej tej epistoły przytaczać, bo  znajdziecie ją TU. Dość powiedzieć że crumble z biedy się wzięło i, jak wszystko co z biedy pochodzi, jest proste i smaczne i tylko tyle o crumble wiedzieć potrzeba.

Zachęcam Was do tego, żebyście potraktowali crumble lekko i z humorem. Nie mierzcie i nie ważcie. Podejdźcie do tego tak jak podchodziły angielskie kobiety w czasach wojny. Wrzućcie co tam macie i posypcie kruszonką. Wodze fantazji puścić można i należy. Lektura kilku rodowodowych przepisów powinna Wam temat przybliżyć, rozjaśnić i dać pole dla własnych działań. Jedyna moja rada z doświadczenia płynąca jest taka: do kruszonki używajcie KRUPCZATKI. Tak, tak. Jest taka mąka. Zasadniczo zapomniana, bo do niewielu wypieków można ją użyć. Do kruchych jednak zdecydowanie tak. A kruszonka taka w końcu ma być: krucha i chrupiąca.

Oto moje kruszonki, które udało mi się złapać na fotografii i zamieścić na blogu:

Crumble z truskawkami

Crumble z agrestem i razową kruszonką

 

A w moim piekarniku właśnie dopieka się crumble z jabłkami pod migdałową kruszonką! Pachnie tak, że aż zapiera dech w piersiach! I powiem wam po cichu, że to moje ulubione. Pachnie, wygląda i smakuje jak najprawdziwsza polska szarlotka, a ile mniej z nią zawerencji!!!

sobota, 18 sierpnia 2012

Uwielbiam cukinię. dokonałam tego epokowego odkrycia trzy lata temu i z każdym rokiem jestem tego bardziej pewna. Wypróbowałam już wiele potraw z użyciem tego warzywa. Wielu pewnie jeszcze nie. Ostatnio potrzebowałam czegoś nowego i to koniecznie z mięsem, bo mój mięsożerny towarzysz po prostu gardzi wszystkim co nie zawiera tegoż właśnie składnika w sobie.

Cóż mi pozostało? Przeszukać internet i modlić się żeby smakowało. No więc przeszukałam (niezbyt starannie jednakowoż), na modły też specjalnie ochota mnie nie naszła. Pomyślałam, że albo będzie dobre, albo nie. Przecież czwartej alternatywy nie ma.

I oto znalazłam. W Koperkowej Kuchni. Cukinię faszerowaną mielonym mięsem. Zrobiłam raz. Było tak pyszne, ze z łakomstwa zjedliśmy prawie całą porcję, a podniebienie miałam tak poparzone, że przez kilka kolejnych dni, czułam na  nim bąble.

Dziś na kolację była powtórka z rozrywki. Już nieco rozważniej podeszliśmy do tematu i jednak po wyjęciu z piekarnika daliśmy potrawie lekko przestygnąć. Efekt - smakowała jeszcze bardziej!

 

Cytuję wiec za Koperkową kuchnią. Po zdjęcia zapraszam na Koperkową stronę.

Składniki:
4 nieduże cukinie ( u mnie takie około 35 dkg)
400g mielonego mięsa z udźca indyka (użyłam łopatki wieprzowej)
Puszka krojonych pomidorów (ja dodałam świeże obrane ze skórki i pokrojone w kostkę)
4 ząbki czosnku
3 łyżki oliwy
100g tartego żółtego sera
Sól, pieprz (u mnie jeszcze dodatek mieszanki ziół włoskich wg TEGO przepisu)
250g mozzarelli
Wykonanie:
Cukinie po umyciu przekrajmy wzdłuż na pół i za pomocą łyżki wydrążamy środek z każdej z nich.
Mięso mieszamy z czosnkiem przeciśniętym przez praskę i podsmażamy na oliwie. Dodajemy pomidory i po 5 minutach pokrojony w kostkę miąższ z cukinii. Mieszamy i doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Dodajemy żółty ser i po wymieszaniu, mięsnym farszem napełniamy łódeczki powstałe po wydrążeniu cukinii. Cukinie układamy w naczyniu żaroodpornym, przykrywamy mozzarellą pokrojoną plasterki i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez ok. 45 minut (ja skróciłam czas do 30 minut. Cukinia jest delikatnym warzywem i nie wymaga bardzo długiej obróbki termicznej).
Smacznego :)



środa, 15 sierpnia 2012

 

Nie wiem jak Wy, ale ja największą ochotę na drożdżowe z ciepłym mlekiem mam ochotę właśnie w takie dni jak ten. No bo co innego może poprawić nastrój, kiedy nieoczekiwanie w samym  środku lata, temperatury spadają do poziomu wczesnowiosennych, aura żabami rzuca w całą przyrodę, tę ożywioną i tę martwą też. Przecież nie lody, ani piwo z malinowym sokiem. No ja wiem. Niektórzy zakrzykną z oburzeniem, że przecież jest czekolada, więc co to za problem!

Dla mnie problem, bo ja czekoladę owszem, czasami, w niedużych ilościach i akurat nie w takie dni jak ten.

A takich dni przecież w roku jest więcej, kiedy pada, na termometrze wskazania ledwo powyżej zera, a wilgoć czuć w każdym zakątku mieszkania.  Szczęśliwi są wówczas Ci, którym bozia dała kominek. Mogą oni natychmiastowe antidotum w postaci żywego ognia zastosować zarówno na wilgoć, niską temperaturę, jak i kiepski nastrój. Inni muszą zastosować zamiennik w postaci piekarnika. No i taką to okrężną drogą udowodniłam, że drożdżowe z ciepłym mlekiem to właśnie to czego nam dziś potrzeba.

Tu właśnie dochodzimy do problemu, którego rozwiązanie może wydawać się wyzwaniem na miarę odkrycia penicyliny. Mianowicie w każdym niemal przepisie na drożdżowe jak mantra powtarza się rada: "pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia". Ale gdzie to ciepłe miejsce znaleźć, skoro już wiemy, że wokół ziąb i wilgoć się wciska.

Rozwiązanie jest jedno. Proste i skuteczne. Potrzebna nam będzie miska, najlepiej zamykana wieczkiem. Jeśli nie mamy takiej w dyspozycji to wystarczy, żeby ta którą mamy była głęboka. Ponadto potrzebujemy zlewu z korkiem i ciepłej wody z kranu. NO i oczywiście wyrobionego ciasta drożdżowego.

Przystępujemy do kwestii zasadniczej:

  • wlewamy ciepłą wodę do zlewu
  • wkładamy ciasto do miski
  • miskę przykrywamy i umieszczamy w zlewie
  • czekamy aż ciasto wyrośnie

 

Kilka uwag pobocznych:

  • woda nie może być gorąca - najwyżej około 40 stopni
  • kiedy jej temperatura się obniży, najlepiej dolać wrzątku z czajnika (ekologia nakazuje nie wylewać zimnej w celu zastąpienia jej ciepłą :0)
  • wody w zlewie powinno być najwyżej do połowy miski - jej ilość wzrośnie na skutek dolewek, a nie chcemy przecież zrobić z ciasta topielca
  • nie radzę zastępować ciepłej wody piekarnikiem. Gazowy za szybko się nagrzewa, w elektrycznym minimalna temperatura to 50 stopni. Drożdżowe nie może rosnąć zbyt szybko.

Moje drożdżowe już rośnie :o)

 

Natchnieniem do ciasta i do posta było ciasto Nigelli podane przez Centkę :) Smacznego!

Bake Bread for World Bread Day 2011
Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarnej blogosfery Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...