Życie ze smakiem
środa, 11 marca 2015

Pyszna, prosta, baaardzo szybka. Lubię takie dania nad wyraz. Przepis wymyśliłam na poczekaniu siedząc nad miską podobnej zupy w restauracji Sarzyński w Lublinie. Zupa jest lekka, rozgrzewająca i naprawdę bardzo szybka. Smaku i lekkiej ostrości nadają jej rukola i parmezan. Nie rezygnujcie z nich, ale też nie przesadźcie z ilością. Krem jest z kalafiora, reszta to przyprawy.

Zaczynamy:

Nieduży kalafior dzielimy na małe różyczki, płuczemy.

Dwa ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę, płuczemy.

W dużym rondlu (ok. dwulitrowym) roztapiamy 1,5 łyżki masła, wrzucamy ziemniaki i chwilę podsmażamy mieszając. 

Do ziemniaków wrzucamy kalafior i mieszamy smażąc jeszcze dosłownie pół minuty (tyle ile trwa wymieszanie składników).

Wlewamy tyle wrzątku, żeby prawie przykrył warzywa. 

Lekko solimy i gotujemy na małym ogniu do miękkości ziemniaków. 

Możemy dodać odrobinę świeżych ziół. Ja dodałam dwie nieduże gałązki oregano. Jak dodamy inne zioła, zupa leciutko zmieni zapach i smak. Można oczywiście tych ziół użyć więcej, ale trzeba to sobie indywidualnie przetestować - jakie ziele, w jakiej ilości.

Możemy dodać  łyżkę mąki ryżowej (TUTAJ). Nie wpłynie na smak zupy, za to poprawi jej konsystencję.

Miksujemy blenderem na krem, po czym dosmaczamy solą i pieprzem. Zupa powinna być wyczuwalnie pikantna.

Podajemy przybraną kilkoma liśćmi rukoli i posypaną parmezanem.

 

W wersji wegańskiej rezygnujemy z parmezanu, a masło zastępujemy oliwą z oliwek, lub innym olejem nierafinowanym.

sobota, 07 marca 2015

Kiedyś przygotowanie dressingu w mojej kuchni wyglądało tak: paczka koperkowo-ziołowego i przepis na opakowaniu :) Potem było kilka katastrof improwizacyjnych, potem trafiłam na fajną sałatkę na jednym z moich ulubionych blogów i świetny dressing do niej. A potem to już równia pochyła. Dressingi tworzę na poczekaniu, to dodając, to odejmując różne składniki. Za każdym razem wychodzi mi coś nieco innego niż poprzednio, ale zawsze jest to coś fajnego. Dziś skomponowałam coś nowego, co bardzo mi posmakowało, dzięki temu sałatki, które robię zyskają nowe oblicze. 

Dressing miodowo -pomarańczowy

  • 4 części oliwy z oliwek 
  • 1 część sosu sojowego
  • 2 części octu balsamicznego
  • 4 części soku z pomarańczy (lub po prostu sok z połówki pomarańczy)
  • 1 łyżeczka miodu
  • pieprz do smaku

Wszystkie składniki mieszamy ze sobą do czasu aż się połączą. Ja dosypałam jeszcze około 1 łyżeczki świeżo zmielonego siemienia lnianego, bo dosypuję je wszędzie gdzie tylko się da.

Można dodać pół posiekanego ząbka czosnku. Dodatek ten będzie uzasadniony zwłaszcza wtedy gdy tworzymy sałatkę z dodatkiem awokado. Te dwa składniki bardzo się lubią w sałatce i świetnie uzupełniają.

Sos gotowy. Świetny do sałat.

Uwielbiam sałaty. Taka miła odmiana po dzieciństwie spędzonym na nielubieniu tychże. Lubię sałatę rzymską, mieszanki wszelkie. Roszponkę uwielbiam za jej fantastyczny wygląd na talerzu. Te małe pióropusze zdobią talerz i zabawnie wyglądają znikając w ustach. Rukola budziła moją nieufność, do czasu aż wdarła się w me życie pod postacią tej właśnie sałatki.

Nie wymyśliłam tego sama, uczciwie przyznaję, że jadłam tę sałatkę u mojej siostry. Poraziła mnie jej prostota i smak. Dlatego dziś pojawiła się na moim talerzu w towarzystwie kotlecików kalafiorowo-brokułowych i kaszy gryczanej. Dla mnie luksus to nie Rolex, tylko wspaniały smak zdrowych potraw.

Oto więc luksusowa sałata w prostej odsłonie:

Po pół opakowania rukoli i roszponki płuczemy i osuszamy.

Przekładamy sałaty do dużej miski

Pół dojrzałego, ale niezbyt miękkiego awokado obieramy ze skórki, przekrawamy ponownie na pół i kroimy w plasterki. Lub jakkolwiek :) Dodajemy do sałaty.

Całość polewamy dressingiem miodowo-pomarańczowym (TUTAJ).

I to by było na tyle :)

Jeśli dodamy do sałaty kiełki słonecznika i odrobinę sera pleśniowego uzyskamy sałatkę imprezową, która z pewnością zadowoli podniebienia naszych gości. Aaa! Orzechy włoskie też nie będą od rzeczy :) Mała garść posiekanych niezbyt drobno :)

Unikam mięsa. Traktuję je jako przyprawę. Zdarza mi się w zupie lub w sałatce. Na obiadowym talerzu gości bardzo rzadko. Nie brakuje mi go. Jedna bardzo wielu z alternatyw to te kotleciki.

 

ok.  60 dag mieszanki kalafiora i brokuła - ugotować na parze, ostudzić, rozdrobnić widelcem lub posiekać.

ok. 1/4 szklanki kaszy jaglanej ugotować i studzić.

do dużej miski przełożyć warzywa i kaszę jaglaną

dodać 2 jajka

i 1 łyżkę mąki ryżowej (zobacz jak ją zrobić TUTAJ)

Na patelni zeszklić na niedużej ilości oliwy pół średniej wielkości cebuli, pokrojonej w kostkę i posiekany ząbek czosnku, dodać do warzyw.

Doprawić solą, pieprzem i odrobiną tymianku i dosypać (opcjonalnie) 1 łyżkę świeżo zmielonego siemienia lnianego.

Wykończyć małą garścią pokruszonych płatków migdałowych. Jeśli dodamy koper zamiast płatków, zmienimy nieco charakter kotlecików. Kopru raczej sporo.

Rozgrzać piekarnik do 180 st. C

Blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia i lekko posypać bułką tartą (pieczone kotlety warzywne mają tendencję do przywierania, gdyż nie mają w sobie tłuszczu).

Pieczemy około 20 minut.

Jemy ze smakiem, z kaszą gryczaną na sypko i surówką z rukoli i roszponki (TUTAJ)

niedziela, 22 lutego 2015

Moja kuchnia to  niekończący się eksperyment. Pojawiające się w niej potrawy rzadko wracają po raz drugi. Te które zostają na dużej spełniają trzy podstawowe warunki:

  • są zdrowe,
  • są szybkie w przygotowaniu,
  • są smaczne.

Jeśli nie - auf widersehen i następny proszę :)

Od jakiegoś czasu poszukuję alternatywy dla mąki pszennej, kaszy manny i bułki tartej. Problem był o tyle palący, że często na moim stole pojawiają się kotlety warzywne. Ich cecha charakterystyczna to spora ilość soków, które trzeba jakoś zagospodarować, żeby kotlety nie rozpłynęły się po patelni, lub też po blaszce do pieczenia, bo kotlety warzywne często też piekę.

Dodatkowo, chciałam, żeby ta alternatywa charakteryzowała się niskim indeksem glikemicznym. 

Wiedziona instynktem w końcu znalazłam, jak to często bywa, wcale nie szukając.

Mąka ryżowa.

Można ją zapewne kupić w sklepie, ale:

  • po pierwsze primo - nie wiemy z jakiego ryżu jest zrobiona, czyli nie wiemy czy jest zdrowa
  • po drugie primo - sporo kosztuje.

Dlatego też, dysponując, brązowym (czyli nie przetworzonym, czyli zdrowym) ryżem, oraz młynkiem do kawy, który kupiłam w celu mielenia siemienia lnianego, zrobiłam sobie mąkę sama.

Wzięłam więc wspomniany brązowy ryż oraz wspomniany już młynek do kawy, i zmieliłam jedno w drugim :)

Prawda że proste?

Kasza gryczana często gości na naszym stole. Może być dobra lub bardzo dobra. Na talerzach mięsożerców gości zwykle w towarzystwie gulaszu lub zrazów. Dobrze komponuje się z sosami grzybowymi. Ma mnóstwo wartości odżywczych, sporo dobrze przyswajalnego białka i kilka innych składników wspierających nasz organizm w walce o zdrowie. Ma niski indeks glikemiczny, co sprawia że mogą ją jeść cukrzycy i osoby na diecie odchudzającej. Nie zawiera glutenu. Nie zakwasza też organizmu, co dla mięsożerców, notorycznie zakwaszających mięsem swój organizm powinno mieć znaczenie.

W sklepach możemy kupić dwa rodzaje kaszy: prażoną i tzw. białą, którą co poniektórzy producenci okrzykują "nowością". Jednak nie dajcie się zwieść. Kasza prażona, zanim zostanie uprażona, jest kaszą białą i nie żadna to nowość tylko "chłyt" marketingowy :). Przyznać wszak należy, że kasza biała jest zdrowsza i ma więcej wartości odżywczych, niż jej wstępnie przetworzona pochodna.

Dziś gotujemy na sypko kaszę prażoną, bo tylko tę da się w ten sposób ugotować. Kasza biała jest bardziej kleista i jak do tej pory nie udało mi się osiągnąć takiego efektu sypkości jak w przypadku "opalonej" koleżanki. Niemniej gotowanie każdej z obu kasz technicznie przebiega tak samo.

Do dzieła więc!

W gotowaniu kaszy najważniejsze są proporcje 1:2. Bierzemy 1 część kaszy i 2 części wody. Ja zwykle używam 1 szklanki kaszy i 2 szklanek wody. Z proporcji tej wychodzi mniej więcej 4-6 porcji obiadowych kaszy.

Wodę delikatnie solimy i doprowadzamy do wrzenia.

Wsypujemy kaszę, przykrywamy garnek i czekamy aż się woda ponownie zagotuje. Zmniejszamy moc grzewczą, tak aby kasza gotowała się powoli i nie miała tendencji do wychodzenia z garnka. Czas gotowania to około 20 minut. Kasza wchłonie całą wodę.

Kiedy kasza się dogotowuje, my nie próżnujemy. Przygotowujemy 2-3 ręczniki, lub nieduży kocyk. Ugotowaną kaszę zdejmujemy z palnika i pieczołowicie oraz starannie owijamy przygotowanymi akcesoriami. Pozwalamy jej teraz odpocząć około 30 minut w celu nabrania głębi smaku oraz pożądanej przez nas sypkości.

Teraz kasza jest już gotowa do użycia. Smacznego :)

środa, 12 września 2012

Nie znam nikogo w moim bliższym i dalszym otoczeniu, kto na pytanie, czy lubi trzydniowe ziemniaki moczone w zupie, odpowiedziałby twierdząco. Bynajmniej nie dziwię się temu, bo co tu kryć, zupa najlepsza jest świeżo ugotowana i to wie nawet pięciolatek. Niestety nie każdemu dany jest luksus jedzenia codziennie świeżej zupy. Ci, którzy muszą zadowalać się dwu- albo trzydniówkami, mają jednak szansę zjeść swoją zupę z nowym apetytem.

Oczywiście do tego nie są potrzebne żadne czary, ani też autosugestia. Czasem wystarczy głupi pomysł, żeby się okazało, że wychodzi z tego całkiem niegłupie danie. Właśnie dziś taki głupi pomysł przyszedł mi do głowy. Wprowadziłam go więc w życie zanim zdroworozsądkowa część mojej natury nie podpowiedziała mi żebym się nie wygłupiała.

Zanim jednak całkiem się odsłonię, powiem wprost, że nie każdą zupę można zrewitalizować w ten sam sposób. Dlatego też moje pomysły bynajmniej nie są wyrocznią i jeśli macie inne to błagam, podzielcie się nimi.

Kiedyś, dawno temu, ugotowałam wielki gar zupy ogórkowej. Każdy, komu dane było jeść w życiu ogórkową na drugi dzień, wie jak zabójczo na ziemniaki i smak całej zupy działa kwas z ogórków. Dwudniowa ogórkowa to jeden z koszmarów mojego dzieciństwa. Kiedy więc okazało się, że ugotowałam tej zupy zdecydowanie za dużo, pomyślałam, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebym taką świeżo ugotowaną, jeszcze gorącą, wlała do litrowych słoików. W końcu to nie grzech, a poza tym, łatwiej upchnąć w lodówce taką rozczłonkowaną zupę, niż siłować się z  całym garem. Podejrzewałam, że po wyjęciu na drugi dzień, zupa będzie równie smaczna jak zwykle, jednak życie zaskoczyło mnie wtedy niewymownie, bo zupa ... smakowała jak świeża!!! Nie mogłam uwierzyć. Zrobiłam test z drugim słoikiem, rzecz jasna następnego dnia. I co? Znów się okazało, że działa. Życie nie jest jednak tak piękne jakby się mogło wydawać, bo kolejnego dnia, otworzywszy kolejny słoik, skonstatowałam, że niestety zupa znów smakuje jak zwykle. Mimo to, nie znam lepszgo sposobu na przechowanie ogórkowej do następnego dnia, i zachowanie jej świeżego smaku.

Dziś natomiast miałam na obiad trzydniową kalafiorową. Jakoś tak nieopatrznie popadłam dziś na chwilę w nie najlepszy nastrój, w związku z czym miałam takie ciche marzenie, żeby się dopieścić kulinarnie. Nie jest to łatwe z załadowaną po brzegi lodówką, w której na głównej półce króluje gar z niedojedzona kalafiorową. Jednakowoż  pan bóg nie zostawia ludzi w potrzebie i zsyła na człowieka mniejsze lub większe objawienia, dzięki którym człowiek ów może sobie łątwiej poradzić z przeciwnościami losu. W moim dzisiejszym objawieniu ukazał mi się blender, który czymprędzej zaprzęgłam do pracy. Zmiksowałam całą zupę, doprawiłam lekko pieprzem i ruszyłam do spiżarki w poszukiwaniu groszku ptysiowego. Życie jednak nie jest takie lekkie, z brakiem groszku musiałam się pogodzić. I choć zupa zyskałaby z pewnością na jego obecności, muszę przyznać że i bez tego zaskoczyła mnie smakiem. Wprawdzie okazało się że zmiksowana kalafiorowa jest mniej kalafiorowa niż niezmiksowana, ale nowa jakość nie wymaga kalafiorowatości, a jedynie niewyczuwalności smaku wymoczonych ziemniaków. Sposób na rewitalizację kalafiorowej swoje zadanie spełnił w 150%, więc następnym razem zrobię to również  z pieczarkową i jarzynową. Jestem pewna, że efekty będą równie oszałamiające.

Acha! I koniecznie zaopatrzę się w groszek.

niedziela, 02 września 2012

Zdarza się to po raz drugi w moim blogowym życiorysie. W zeszłym roku za sprawą Małgosi, a w tym dzięki Centce, uwielbianej przeze mnie za treść i formę swojej twórczości blogowej. Otóż mój skromny blog wyróżniony został i dostałam taką oto nagrodę:

 

Prawda, że ładna?

 

Skoro już się pochwaliłam, to teraz przejdę do konkretów, czyli do obowiązków wyróżnionej.

Po pierwsze:

- wyróżniony ma obowiązek zaprezentować nagrodę, co wyżej już uczyniłam

Po drugie:

- podziękować Blogerowi, który przyznał wyróżnienie, co też uczyniłam z radością i zakłopotaniem jednocześnie

Po trzecie:

- wyjawić 7 faktów o sobie - to chyba najtrudniejsze zadanie, więc połknę tę żabę od razu i będę miała święty spokój:

  • miewam huśtawki nastrojów - bardzo męczące dla mojej rodziny
  • gotuję i piekę nieregularnie - znaczy głównie wtedy, kiedy mam wenę, czasem z musu
  • uwielbiam rękodzieło, ale szybko się nudzę
  • często stawiam sobie nierealne cele, żeby później porzucić je nie doszedłszy nawet do połowy drogi - szalenie frustrujące
  • właściwie nie wiem, czy jestem leniwa czy pracowita - zdania moich znajomych znacznie odbiegają w tym względzie od moich wyobrażeń o samej sobie, w związku z tym nie wiem komu wierzyć
  • denerwuje mnie planowanie - zwykle nic nie idzie zgodnie z planem, ale bez planu nie potrafię
  • ćwiczę się w cierpliwości...

Po czwarte:

- nominować 15 blogów do wyróżnienia Versatile Blogger Award - tu postanowiłam odbiec nieco od zasad, albowiem gdyż ostatnimi czasy blogi odwiedzam rzadko i raczej tylko te ulubione i 15 z pewnością się nie uzbiera. Wyróżnię więc tyle ile mogę, czyli pięć. Oto one:

  • Smaki Alzacji - za bliskość myśli i uczuć, energię, pasję i chęć do życia
  • Bea w Kuchni - za domową atmosferę i bogactwo smaków
  • Around the kitchen table - za błędy i błądzenie i za to że o wszystkim tym szczerze i na blogu, oraz za nostalgiczne zdjęcia i ciepłe teksty
  • Makagigi i 55 pierników - choć nigdy nic nie ugotowałam na wzór i podobieństwo, bardzo cenię Buruuberii  za trud pokazywania i opisywania potraw o których nam się nie śniło.
  • Na koniec jeszcze Cooking & Eating - może to głupio nominować "nominanta", ale to tu właśnie spędzam największą część swojego blogowego życia, to śmiejąc się do łez to znów wycierając cieknącą ślinkę. Jak już coś w domu jem, to najczęściej to samo co Centka tylko parę dni później :)

Po piąte:

- mam jeszcze w obowiązku powiadomić nominowanych, co też za chwilę uczynię z pewną jednak nieśmiałością :)

środa, 22 sierpnia 2012

Kiedyś na blogach pojawiła się akcja kulinarna pt. "Tylna ścianka", która miała na celu wymiatanie z lodówki niedobitków kulinarnich. W każdym domu i w każdej lodówce (no chyba, że u kawalera stołującego się na mieście) istnieje problem niezużytej łyżki śmietany, pozostałości majonezu, kawałka kapusty, pół opakowania mascarpone, zapomnianego słoika z  resztką dżemu, otwartej puszki z niezużytym w całości kajmakiem, itd, itp. Temat jest w końcu znany i nie ma potrzeby zanadto się nad nim rozwodzić. Dość powiedzieć, że wszystkie te skarby z czasem lądują przy tylnej ściance lodówki i siedzą sobie tam cichutko do czasu, aż zakwitną.

Kiedy zaczynałam swoją blogową przygodę i szał mnie ogarniał na gotowanie i pieczenie smakołyków wszelkich, których moja wątła rodzina nijak nie dawała rady zniszczyć,  kupiłam sobie wagę i z aptekarską dokładnością realizowałam kolejne projekty kulinarne. Skutek: tylna ścianka zapchana tak imponująco, że trudno było zamknąć drzwi lodówki!!! Efekt uboczny był taki, że co jakiś czas, opróżniając lodówkę  z nadpsutych, niezużytych ingrediencji moich kulinarnych wyczynów, ze zgrozą szacowałam ogrom strat finansowych. A z tyłu głowy echem tłukły się hasła o głodującej Afryce. 

Z czasem jednak porzuciłam wierność przepisom (tym kulinarnym wyłącznie) i zaczęłam je modyfikować tak, żeby spowolnić proces puchnięcia tylnej ścianki. I tak na ten przykład zamiast 190 g składnika dodawałam 200 g jeśli akurat opakowanie tyle miało. Albo zamiast jednej potrawy planowałam dwie, jeśli miały ten sam główny składnik i jedno jego opakowanie wystarczało na obie (czasem, rzecz jasna, po lekkiej modyfikacji). Prawdziwym odkryciem (dzięki ci Centko droga), był serek Piątnicy w małych 200 - gramowych opakowaniach. Ten sam co w  wiaderku, tylko teraz mogłam kupić prawie dokładnie tyle ile mi potrzeba, zamiast kilograma z którego potrzebowałam zużyć na ten przykład 650 g.

Prawdziwym jednak wyzwaniem okazały się świeże drożdże, bo w tym przypadku trudno byłoby mówić o lekkim liftingu w przepisie, skoro z reguły należy użyć 10-20 g drożdży, a kostce jest 100. No nijak się nie da. Tak więc drożdże najczęściej i najefektowniej zakwitały w mojej lodówce, aż wreszcie mnie olśniło pewnego pięknego dnia i... po prostu je zamroziłam. No nie tak od razu. Najpierw podzieliłam na mniej więcej równe (to bardzo trudne zadanie) około 10-gramowe kawałeczki, pozawijałam je jak świstak, w sreberka, wrzuciłam do woreczka, a dopiero na samym końcu włożyłam do zamrażarki. Okazało się też, że niskie temperatury nic a nic drożdżom nie szkodzą na moc, za to wydatnie wpływają na świeżość. Poza tym rozmrażają się bardzo szybko, i szybko nadają się do użycia.

Jednak mimo sukcesu na polu drożdżowym mam jedną zasadniczą porażkę. Śmietanową konkretnie. Nie wiem jak to się dzieje, że raz mam jej zdecydowany nadmiar, a raz całkowity brak. Jak też się zapewne domyślacie okresy zapotrzebowania na śmietanę zupełnie nie idą w parze z jej domową podażą. Pracuję więc nad śmietaną. Jak coś wypracuję - niezwłocznie doniosę :)

wtorek, 21 sierpnia 2012

Zdarzało mi się w przeszłości cierpieć wielokrotnie z tego powodu, że gość w dom, a w lodówce pusto. Szybkie przeszukanie szafek w poszukiwaniu choćby ciasteczek maślanych lub innych sklepowych specjałów dawało podobne rezultaty. Całe zresztą szczęście, bo w rodzinie kiedyś fama się poniosła, że jak się do M pójdzie to ani chybi coś dobrego się dostanie. No maślane ze sklepu nie ma się za bardzo do tematu. Czarowanie domowym chlebem z domowym smalcem mogło się udać raz, no może dwa przy założeniu że odstęp czasu był odpowiednio długi. Cóż więc począć kiedy gość w dom, bóg w dom a w lodówce echo i pingwiny?

No i tu dochodzimy do sedna. Nie wiem jak u was, ale w moich zasobach zawsze gdzieś po kątach walały się jakieś owoce - świeże czy mrożone, to akurat bez znaczenia. Czasem nawet te w słoiku mogą się przydać kiedy już naprawdę nic a nic nie da się z innych kątów wyskrobać. Poza tym w moim domu mąki i masła zawsze dostatek. Cukru też raczej nie brakuje. Jeśli i Wy macie podobną strukturę spiżarki, to już właściwie jest niezbędne minimum do tego, żeby przygotować crumble, czyli po naszemu kruszonkę. Moje wybawienie i objawienie zarazem.

Kiedyś bardzo się starałam, żeby moja kruszonka była rasowa, rodowodowa niemalże. Czytałam uważnie przepisy, odmierzałam składniki z aptekarską dokładnością. Liczyłam, ważyłam, dodawałam. Do czasu. Zaciekawiona tym co żesz to jest za zwierzę, napisałam do ciotki Wikipedii, a ona mi odpowiedziała. Nie będę całej tej epistoły przytaczać, bo  znajdziecie ją TU. Dość powiedzieć że crumble z biedy się wzięło i, jak wszystko co z biedy pochodzi, jest proste i smaczne i tylko tyle o crumble wiedzieć potrzeba.

Zachęcam Was do tego, żebyście potraktowali crumble lekko i z humorem. Nie mierzcie i nie ważcie. Podejdźcie do tego tak jak podchodziły angielskie kobiety w czasach wojny. Wrzućcie co tam macie i posypcie kruszonką. Wodze fantazji puścić można i należy. Lektura kilku rodowodowych przepisów powinna Wam temat przybliżyć, rozjaśnić i dać pole dla własnych działań. Jedyna moja rada z doświadczenia płynąca jest taka: do kruszonki używajcie KRUPCZATKI. Tak, tak. Jest taka mąka. Zasadniczo zapomniana, bo do niewielu wypieków można ją użyć. Do kruchych jednak zdecydowanie tak. A kruszonka taka w końcu ma być: krucha i chrupiąca.

Oto moje kruszonki, które udało mi się złapać na fotografii i zamieścić na blogu:

Crumble z truskawkami

Crumble z agrestem i razową kruszonką

 

A w moim piekarniku właśnie dopieka się crumble z jabłkami pod migdałową kruszonką! Pachnie tak, że aż zapiera dech w piersiach! I powiem wam po cichu, że to moje ulubione. Pachnie, wygląda i smakuje jak najprawdziwsza polska szarlotka, a ile mniej z nią zawerencji!!!

sobota, 18 sierpnia 2012

Uwielbiam cukinię. dokonałam tego epokowego odkrycia trzy lata temu i z każdym rokiem jestem tego bardziej pewna. Wypróbowałam już wiele potraw z użyciem tego warzywa. Wielu pewnie jeszcze nie. Ostatnio potrzebowałam czegoś nowego i to koniecznie z mięsem, bo mój mięsożerny towarzysz po prostu gardzi wszystkim co nie zawiera tegoż właśnie składnika w sobie.

Cóż mi pozostało? Przeszukać internet i modlić się żeby smakowało. No więc przeszukałam (niezbyt starannie jednakowoż), na modły też specjalnie ochota mnie nie naszła. Pomyślałam, że albo będzie dobre, albo nie. Przecież czwartej alternatywy nie ma.

I oto znalazłam. W Koperkowej Kuchni. Cukinię faszerowaną mielonym mięsem. Zrobiłam raz. Było tak pyszne, ze z łakomstwa zjedliśmy prawie całą porcję, a podniebienie miałam tak poparzone, że przez kilka kolejnych dni, czułam na  nim bąble.

Dziś na kolację była powtórka z rozrywki. Już nieco rozważniej podeszliśmy do tematu i jednak po wyjęciu z piekarnika daliśmy potrawie lekko przestygnąć. Efekt - smakowała jeszcze bardziej!

 

Cytuję wiec za Koperkową kuchnią. Po zdjęcia zapraszam na Koperkową stronę.

Składniki:
4 nieduże cukinie ( u mnie takie około 35 dkg)
400g mielonego mięsa z udźca indyka (użyłam łopatki wieprzowej)
Puszka krojonych pomidorów (ja dodałam świeże obrane ze skórki i pokrojone w kostkę)
4 ząbki czosnku
3 łyżki oliwy
100g tartego żółtego sera
Sól, pieprz (u mnie jeszcze dodatek mieszanki ziół włoskich wg TEGO przepisu)
250g mozzarelli
Wykonanie:
Cukinie po umyciu przekrajmy wzdłuż na pół i za pomocą łyżki wydrążamy środek z każdej z nich.
Mięso mieszamy z czosnkiem przeciśniętym przez praskę i podsmażamy na oliwie. Dodajemy pomidory i po 5 minutach pokrojony w kostkę miąższ z cukinii. Mieszamy i doprawiamy do smaku solą i pieprzem. Dodajemy żółty ser i po wymieszaniu, mięsnym farszem napełniamy łódeczki powstałe po wydrążeniu cukinii. Cukinie układamy w naczyniu żaroodpornym, przykrywamy mozzarellą pokrojoną plasterki i pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez ok. 45 minut (ja skróciłam czas do 30 minut. Cukinia jest delikatnym warzywem i nie wymaga bardzo długiej obróbki termicznej).
Smacznego :)



środa, 15 sierpnia 2012

 

Nie wiem jak Wy, ale ja największą ochotę na drożdżowe z ciepłym mlekiem mam ochotę właśnie w takie dni jak ten. No bo co innego może poprawić nastrój, kiedy nieoczekiwanie w samym  środku lata, temperatury spadają do poziomu wczesnowiosennych, aura żabami rzuca w całą przyrodę, tę ożywioną i tę martwą też. Przecież nie lody, ani piwo z malinowym sokiem. No ja wiem. Niektórzy zakrzykną z oburzeniem, że przecież jest czekolada, więc co to za problem!

Dla mnie problem, bo ja czekoladę owszem, czasami, w niedużych ilościach i akurat nie w takie dni jak ten.

A takich dni przecież w roku jest więcej, kiedy pada, na termometrze wskazania ledwo powyżej zera, a wilgoć czuć w każdym zakątku mieszkania.  Szczęśliwi są wówczas Ci, którym bozia dała kominek. Mogą oni natychmiastowe antidotum w postaci żywego ognia zastosować zarówno na wilgoć, niską temperaturę, jak i kiepski nastrój. Inni muszą zastosować zamiennik w postaci piekarnika. No i taką to okrężną drogą udowodniłam, że drożdżowe z ciepłym mlekiem to właśnie to czego nam dziś potrzeba.

Tu właśnie dochodzimy do problemu, którego rozwiązanie może wydawać się wyzwaniem na miarę odkrycia penicyliny. Mianowicie w każdym niemal przepisie na drożdżowe jak mantra powtarza się rada: "pozostawić w ciepłym miejscu do wyrośnięcia". Ale gdzie to ciepłe miejsce znaleźć, skoro już wiemy, że wokół ziąb i wilgoć się wciska.

Rozwiązanie jest jedno. Proste i skuteczne. Potrzebna nam będzie miska, najlepiej zamykana wieczkiem. Jeśli nie mamy takiej w dyspozycji to wystarczy, żeby ta którą mamy była głęboka. Ponadto potrzebujemy zlewu z korkiem i ciepłej wody z kranu. NO i oczywiście wyrobionego ciasta drożdżowego.

Przystępujemy do kwestii zasadniczej:

  • wlewamy ciepłą wodę do zlewu
  • wkładamy ciasto do miski
  • miskę przykrywamy i umieszczamy w zlewie
  • czekamy aż ciasto wyrośnie

 

Kilka uwag pobocznych:

  • woda nie może być gorąca - najwyżej około 40 stopni
  • kiedy jej temperatura się obniży, najlepiej dolać wrzątku z czajnika (ekologia nakazuje nie wylewać zimnej w celu zastąpienia jej ciepłą :0)
  • wody w zlewie powinno być najwyżej do połowy miski - jej ilość wzrośnie na skutek dolewek, a nie chcemy przecież zrobić z ciasta topielca
  • nie radzę zastępować ciepłej wody piekarnikiem. Gazowy za szybko się nagrzewa, w elektrycznym minimalna temperatura to 50 stopni. Drożdżowe nie może rosnąć zbyt szybko.

Moje drożdżowe już rośnie :o)

 

Natchnieniem do ciasta i do posta było ciasto Nigelli podane przez Centkę :) Smacznego!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Nie będzie to niestety post kulinarny, za co przepraszam wszystkie osoby, zaglądające do mnie w oczekiwaniu na nowości.

Nie będzie to też post pożegnalny, bo nie mam zamiaru likwidować bloga, ani też czynić postanowień co do jego zawieszania, odwieszania i tym podobnych procedur.

Winna jestem jednak wyjaśnienie moim stałym czytelnikom.

Toteż niniejszym to wyjaśnienie czynię.

Moja praca zawodowa ma taki charakter, że w okresie ponoworocznym, do maja, a czasem nawet do czerwca pochłania mnie absolutnie. Często jest tak, że na pracę doba za krótka, a tu jeszcze dom, rodzina i okazyjnie wyskakujące inne atrakcje. W poprzednich latach starałam się, oczywiście kosztem tych najcierpliwszych (czyli domowników), jednak istnieć w sieci mimo nawału obowiązków. Ten rok jest jednak zdecydowanie inny niż poprzednie. Dlatego mnie tu nie ma i nie wiem kiedy będę. Życie wokół mnie i mojej rodziny jakoś tak się nieoczekiwanie zmieniło, że dotknęło nas dość mocno i nie pozostawiło obojętnymi. Zaangażowaliśmy się w nowe projekty, które pochłaniają resztki naszego wolnego czasu. Nie narzekamy jednak, bo to co robimy obecnie, robimy dla nas samych, ale nie tylko. Takiej energii nie mieliśmy od lat. Chcemy ją wykorzystać.

Dziękuję Wam wszystkim, moim czytelnikom, którzy mimo braku zmian na blogu, wciąż mnie odwiedzają. Zaglądam tu razem z Wami, widzę Wasze wizyty i cieszę się jak z najprawdziwszych gości.

Pozdrawiam wszystkich i cieszę się, że jesteście.

czwartek, 22 grudnia 2011

Z okazji zbliżających się świąt, zamiast życzeń i w podziękowaniu za to, że jesteście - praca domowa mojej 10-letniej córki. Mam nadzieję, że wywoła uśmiech i sprawi, że na ten świąteczny czas wrócą wspomnienia z dzieciństwa, dadzą Wam radość i sprawią, że życie stanie się piękniejsze i prostsze.

 

Mikołajek i choinka

Dziś w szkole z chłopakami strasznie wierciliśmy się na lekcji. Pani spytała dlaczego się tak kręcimy a my odpowiedzieliśmy że dziś zaczynają się ŚWIĄTECZNE FERIE .Tak świąteczne ferie. Ale nie zdążyliśmy wytłumaczyć pani do końca bo zadzwonił dzwonek. Złożyliśmy sobie życzenia i wyszliśmy ze szkoły. Gdy przyszedłem do domu stanąłem w drzwiach kuchni i krzyknąłem do nadchodzącej z kuchni mamy.

-Mamo już jestem!!!!!!!- Mama aż podskoczyła ze strachu i mruknęła- A to szkoda idź się pobawić  do pokoju. I nie plącz mi się pod nogami!- krzyknęła- gdy maczałem palce w roztopionej czekoladzie .Ale poszedłem się pobawić tak jak prosiła mama.

Ledwo zamknąłem drzwi od pokoju usłyszałem trzask drzwi wejściowych .To tata przyszedł z biura ale nie schodziłem aby nie denerwować mamy. Jednak tata zawołał mnie z dołu.

No i poszedłem chociaż nie chciałem. Kiedy zszedłem na dół tata mnie pocałował i kazał znowu iść na górę. Lecz kiedy zamknąłem drzwi usłyszałem krzyk mamy. Pomyślałem że trzeba sprawdzić co się dzieje na dole. Przebrałem się na kremowo tak jak nasze ściany w salonie i zszedłem. Okazało się że wynikiem kłótni była choinka. Był już 21 grudnia a nie było jeszcze choinki. Ja też się zdenerwowałem ale nie chciałem żeby mnie zobaczyli więc schowałem się za firanką .Kiedy tata powiedział że nie miał czasu mama się tak zdenerwowała że zaczęła ściągać firanki i mnie zauważyła a ja się rozpłakałem że wciąż nie ma choinki i że nie będę nic robił przez ferie. W końcu mama krzyknęła – Mikołaj przestań się mazać i się stąd wynoś!!!- Poszedłem do swojego pokoju wciąż płacząc. No bo co w końcu kurczę blade!!! Nie ma choinki to nie ma świąt. Nie ma ubierania choinki to też nie ma świąt. Jak nie ma choinki to nie ma też prezentów. I to jest nie sprawiedliwe. Kiedyś wyjadę stąd bardzo daleko i będę miał mnóstwo choinek i rodzice niech sobie kupują swoją choinkę bo ja im nie dam. Ani jednej. I będzie im strasznie smutno kiedy sobie tak pojadę. Wziąłem  kolejkę elektryczną i zacząłem się  nią bawić. Jest bardzo fajna. Kiedy właśnie taranowałem wagon restauracyjny mama zawołała mnie z dołu. Zszedłem na dół a mama powiedziała że tata idzie kupić choinkę i spytała czy nie chcę iść z nim a ja krzyknąłem że TAK dużymi literami.



 

Praca inspirowana książkami o przygodach Mikołajka Rene Goscinny'ego, napisana przez moją córkę Olę.



piątek, 28 października 2011

 

Tytułem wstępu powiem tylko: SĄ PRZEPYSZNE!!!

 

Bułeczki upiekłam w ramach październikowej Weekendowej Piekarni i znikły tak szybko, że musiałam upiec je jeszcze raz żeby zrobić im zdjęcie. No i ledwo zdążyłam. Bułek wyszło mi około szesnastu, a to co na zdjęciu, to wszystko co mi zostało.

Przepis pochodzi z bloga "Palce lizać".

Składniki:
100g dojrzałego białego zakwasu pszennego (100% hydracji)
450g mąki (dowolnej, ale dobrze by miała sporo glutenu)
5 g świeżych drożdży (org. 7.5g x 2 =15g)
1 łyżeczka soli
12g cukru
10g masła
350g wody

Przygotowanie:

Wszystkie składniki wymieszać, następnie zagnieść elastyczne, nieco lepkie ciasto.

Moje ciasto było bardzo luźne więc wyrabiałam je na blacie około 10 minut, po czym zostawiłam na następne 10 minut i jeszcze raz wyrobiłam.

Zostawić do wyrośnięcia na 3 godziny, składając ciasto w tym czasie dwukrotnie. Wyrośnięte ciasto odgazować i podzielić na kawałki. Z każdej części uformować lekko kule i zostawić na 10 minut, żeby odpoczęły.

Następnie za pomocą drewnianego wałka rozwałkować cienkie placki o owalnym kształcie i zwinąć je w rulon. Ułożyć na blasze złączeniem w dół i zostawić do ponownego wyrośnięcia. Gdy prawie podwoją objętość, wstawić blachę do rozgrzanego piekarnika (240 stopni Celsjusza) i piec z parą 10 minut, a następnie obniżyć temperaturę do 220 stopni Celsjusza i dopiec jeszcze 10-15 minut. Studzić na kratce.

SMACZNEGO :)

 

poniedziałek, 24 października 2011

 

Zaczęło się od tego, że znalazłam na targu stragan z samymi tylko pomidorami. Różnych odmian, kształtów, kolorów, zapachów było tam bez liku. Pomyślałam sobie że pan, który wyhodował tyle odmian pomidorów musi być podobny do mojego nieżyjącego już dziadka, który wielbił pomidory pod każdą postacią. Krzaczkami pomidorowymi opiekował się czule i zajadał pomidory z wielką atencją.

Okazało się jednak, że Pomidorowy Pan jest z zamiłowania żeglarzem, a pomidory hoduje ot tak dla zabicia czasu i trochę dla pieniędzy. Niemniej jednak w sposobie, w jaki wkładał pomidory do siateczek, w jaki doradzał kupującym, w jaki wybierał pomidory ze skrzyneczek, było coś z pasji. Od tamtej pory pomidory kupuję tylko od Pana Pomidorowego Żeglarza. Ostatnio moją uwagę przykuła skrzyneczka z zielonymi pomidorami. Wiem, że pomidorów takich używa się do robienia słoiczkowych sałatek, ale mnie ich smak nie bardzo odpowiada. Jednak pokusa przygotowania czegoś z przepięknie wyglądających małych, zielonych pomidorków była bardzo silna. Poszukałam. I oto jest!!!

Przepyszny dżem, o zaskakującym, świeżym smaku. Będzie z pewnością doskonały do nadziewania rożków, może być alternatywą dla żurawiny podawanej do mięs, ale jest też fantastyczny jako dodatek do śniadaniowej bułeczki.

Skorzystałam z TEGO przepisu.

 

Składniki:

  • 1 kg zielonych pomidorów
  • 2 cytryny
  • 500 g cukru

 

Wykonanie:

 

Pomidory myjemy i kroimy w kostkę. Cytryny myjemy i sparzamy wrzątkiem. Do garnka z grubym dnem wkładamy pokrojone pomidory, ścieramy żółtą część skórki z cytryn i wyciskamy z nich sok. Wszystko razem gotujemy na wolnym ogniu około 3 godzin.

Pomidory przecieramy, wkładamy znów do garnka i dodajemy cukier. Gotujemy jeszcze około jednej godziny.

W tym czasie przygotowujemy 3-4 małe słoiczki. Wyparzamy je razem z przykrywkami, osuszamy czystą ściereczką i napełniamy gorącym dżemem. Zakręcamy i odstawiamy na ściereczkę do ostygnięcia odwrócone do góry dnem i przykryte drugą ściereczką, tak aby stygły jak najwolniej.

 


 

Czy wiecie co jest na tej fotografii?

Jeszcze dziś słodki przepis na wykorzystanie tego co jest w misce :)

 

 


niedziela, 23 października 2011

Do Świętego Marcina jest jeszcze trochę czasu, ale jeśli macie zamiar zaskoczyć swoją rodzinę tym tradycyjnym wielkopolskim wypiekiem, przygotowania musicie zacząć już teraz. Do wykonania rogali niezbędny jest bowiem biały mak, który raczej nie jest do zdobycia w normalnych sklepach. Z powodzeniem dostaniecie go jednak w sklepach internetowych, ale zanim przyniesie go Wam listonosz, minie trochę czasu.

Dlaczego moje rogale są PRAWIE świętomarcińskie? Nazwy tej mogą używać jedynie cukiernie które uzyskały certyfikat Kapituły Poznańskiego Tradycyjnego Rogala Świętomarcińskiego. Ponadto prawo do takiej nazwy zostało ograniczone również geograficznie i mogą się starać o nie wyłącznie cukiernie z niektórych powiatów Wielkopolski. Reguluje tę kwestię wniosek o uznanie pochodzenia geograficznego i nazwy, usankcjonowane rozporządzeniem Komisji (WE) nr 1070/2008. We wniosku tym została określona również receptura,sposób wykonania oraz wielkość i kształt tradycyjnego rogala marcińskiego.

Jak więc widzicie sprawa jest dość poważna i skomplikowana, a produkt finalny wymaga sporego nakładu pracy. Zaręczam Was jednak, że jego smak znakomicie wynagradza trud włożony w jego przygotowanie.

Uczciwie mówiąc, nie wszyscy lubią ten wypiek. Ciasto nie jest wyszukane, a nawet powiedziałabym, że lekko gniotowate, pewnie z powodu dużej ilości ciężkiego makowo-orzechowego nadzienia, ale są tacy (jak ja na ten przykład), którzy uwielbiają ten smak. Połączenie makowej masy z ciastem półfrancuskim, lukrem i orzechową posypką według mnie nie ma sobie równych.

Przepis pochodzi od Bajaderki z forum Cincin i jest chyba najbliższy oryginałowi. Ponieważ moje rogale są zeszłoroczne, a przepis dość skomplikowany - cytuję za autorką przepisu, z niewielkimi własnymi wtrętami.

 

Ciasto:
1 szklanka ciepłego mleka
1 łyżka suchych drożdży (użyłam 1 opakowanie 7g)
1 jajko
1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
3 1/2 szklanki mąki
3 łyżki cukru
szczypta soli
225g miękkiego masła (z tego 2 łyżki użyjemy do ciasta)

Nadzienie:
30 dkg białego maku
10 dkg pasty migdałowej (marcepanu)
3/4 szklanki cukru pudru
10 dkg orzechów włoskich
10 dkg zblanszowanych migdałów
1-2 łyżki kandyzowanej skórki pomarańczowej
2-3 łyżki gęstej śmietany
3 podłużne, pokruszone na okruszki biszkopty

Do posmarowania:
1 jajko rozbełtane z 2 łyżkami mleka

Lukier:
1 szklanka cukru pudru
2-3 łyżki mleka

posiekane migdały lub orzechy włoskie do posypania

Wykonanie:
Suche drożdże wsypać do mleka, zostawić na kilka minut aby się rozpuściły i dobrze wymieszać. Dodać jajko i wanilię i lekko wszystko pomieszać.
Mąkę, cukier i sól wymieszać razem w dużej misce, dodać lekko miękkie masło (2 łyżki) i rozetrzeć palcami razem z mąką.
Dodać rozczyn mieszając łyżką lub ręką, przełożyć ciasto na stolnicę i lekko i krótko wyrobić, tylko do momentu kiedy ciasto stanie się gładkie. Nie wyrabiać za długo - to ciasto powinno zostać lekko lepiące i chłodne. Uformować je w prostokąt, ułożyć na oprószonej mąką blasze, przykryć folią i schłodzić w lodówce około 1 godziny.
Schłodzone ciasto przełożyć na stolnice i rozwałkować na prostokąt o wymiarach 30x15cm, tak aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Masło rozsmarować równomiernie na cieście (zostawić 1/2cm margines dookoła). Złożyć 1/3 ciasta od góry, następnie złożyć dolną część tak aby przykryła to złożenie (tak jak składamy kartkę papieru). Dobrze skleić brzegi i delikatnie wywałkować w prostokąt 25x17cm używając jak najmniejszej ilości mąki do podsypywania. Złożyć tak jak poprzednio i schłodzić na blasze przez 45 minut. Powtórzyć proces 3 razy, chłodząc ciasto między wałkowaniami przez 30 minut. Po zakończeniu procesu ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na co najmniej 5 godzin, a najlepiej na całą noc. Wyjąć z lodówki na około 20 minut przed planowanym robieniem.
Wywałkować na prostokąt o wymiarach mniej więcej 65x34cm i przeciąć wzdłuż długiego boku na 2 części. Każdy powstały w ten sposób pasek pokroić na 12 trójkątów.


Mak i orzechy sparzyć gorącą wodą, po 15 minutach odcedzić i dobrze odsączyć. Zmielić dwukrotnie w maszynce razem z migdałami. Pastę migdałową (marcepan) rozetrzeć mikserem z cukrem pudrem, dodać zmielony mak z bakaliami, okruszki biszkoptowe i posiekaną skórkę pomarańczową. Dobrze wymieszać, dodać śmietanę - ale tylko tyle by uzyskać dość zwartą ale plastyczną masę. Masa nie może być zbyt płynna, ani za twarda i właśnie świetnie reguluje się jej konsystencję dodając śmietanę stopniowo. Niekoniecznie trzeba zużyć całą ilość śmietany podaną w składnikach.

Rozsmarować nadzienie zostawiając mały margines na wszystkich bokach trójkąta - zwijać w rogaliki zaczynając od podstawy. Ułożyć na wyłożonej pergaminem blasze, przykryć i zostawić do wyrośnięcia aż podwoją objętość, około 1 1/2 godziny.
Rozgrzać piekarnik do 180ºC, wyrośnięte rogale posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem i piec około 20 minut aż się ładnie zezłocą. Wyjąć na drucianą siateczkę i jeszcze ciepłe polać lukrem. Posypać posiekanymi migdałami lub orzechami.


S M A C Z N E G O :O)



piątek, 07 października 2011

Dziś przyszła słota. Ochłodziło się, pociemniało, a po szybach spływają strugi deszczu. Świat posmutniał, przycichł, jakby zmalał. Jednak jest coś co nie pozwala poddać się nastrojowi. Coś ukryte we wnętrzu czasu. Coś co zawsze przychodzi, poprawia humor i napełnia nadzieją.

Boże Narodzenie.

W miniony weekend, kiedy piękne słońce jeszcze nie pozwalało zasłonić się chmurom i rozpieszczało nas swoim ciepłem przyszedł mi do głowy pomysł prawie szalony. Postanowiłam zrobić...PIERNIK! Dojrzewający. I tak to niespodziewanie, w samym środku cudownej złotej jesieni, w moim domu zapachniało świętami. I kiedy tak zapach miodu i korzennych przypraw mieszał się z zapachem odchodzącego lata, pomyślałam, że to było dobry pomysł, żeby połączyć ze sobą dwa piękne światy. I chociaż pomiędzy nimi będzie padał deszcz, dął przenikliwy wiatr a wilgotny chłód będzie wdzierał się pod płaszcze, to wiem, że jak tylko wyjmę z lodówki dojrzałe ciasto piernikowe, natychmiast wróci do mnie wspomnienie tej pięknej jesieni, która wczoraj właśnie od nas odeszła.

A tak wyglądały moje zeszłoroczne wypieki:

 

Piernikowe ciasto dojrzewające jest bardzo wdzięczne, a im dłużej dojrzewa, tym więcej w nim szlachetności i delikatności. Dlatego też, jeśli macie zamiar piec dojrzewający piernik na święta, nie czekajcie. Teraz jest najlepszy po temu czas.

Recepturę i więcej zdjęć znajdziecie TUTAJ.

Życzę Wam miłego weekendu.

wtorek, 04 października 2011

Dzień dobry po wakacjach. Niektórym skończyły się wprawdzie całe wieki temu, ale ja byłam w tym roku mocno opóźniona i dlatego moje wakacje skończyły się dopiero dwa tygodnie temu. W dodatku w międzyczasie zaszwankował mi piekarnik, a poza tym, na skutek pięknej pogody wcale nie chciało mi się piec ani gotować. I chociaż w podróży powrotnej z wakacji obiecywałam sobie, że ta jesień będzie należała po raz pierwszy w moim domu do dyni, to moje postanowienia jak do tej pory spełzają na niczym. Dyni nie jadłam, nie wiem jak smakuje i w związku z tym wyzwanie miesza się u mnie z obawą, co sprawia, że przypływy energii natychmiast pożerane są przez potwory niechęci.

Tak więc zamiast przepisu na kolejne ciasto z dynią, dyniowe muffinki, lub sto trzydziestą siódmą odsłonę zupy dyniowej u mnie zagadka. Poniżej cytuję fragment tekstu piosenki o dyni. A pytanie brzmi: jaki jest jej tytuł?

   
Bo widzisz w tym świecie niestałym 
Trza się umieć cieszyć małym 
Jak dużo ma człowiek 
Mąci mu się w głowie 
I mogą nadwątlić mu zdrowie 
 
Więc ty mi nie marudź, Hinia 
Ty turlaj, bo to jest dynia 
A ten, co ma dynię 
To z dynią nie zginie 
Tylko jak statek 
Opływa w dostatek 
 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Bake Bread for World Bread Day 2011
Durszlak.pl Mikser Kulinarny - przepisy kulinarnej blogosfery Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...